Z wizytą u Willa Raisona (część 2/3)

Zawody pięć dni w tygodniu, wspólne śniadanie przed telewizorem i losowanie z wielkiego srebrnego pucharu. Tak wyglądają zawody w Anglii. Niesamowita atmosfera, totalny luz i astronomiczny poziom sprawiły, że start na brytyjskiej komercji na zawsze zapadnie w naszej pamięci.

 

Gdy jechaliśmy do Anglii Will obiecał nam wspólny trening i zadeklarował, że umożliwi jednemu z nas udział w zawodach na Gold Valley. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie, jeśli z szansy skorzysta bardziej doświadczony Łukasz. Nie wyobrażacie sobie jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy po wtorkowym treningu Will oświadczył, że do środowych zmagań mamy się szykować we dwójkę! Czy po przeczytaniu poprzedniego zdania nie mieliście żadnych wątpliwości? Jakich środowych zmagań? – pomyślał pewnie niejeden z Was. Nie ma w tym jednak żadnej pomyłki. W tygodniu, w którym odwiedziliśmy Anglię zawody na Gold Valley rozgrywane były w poniedziałek, środę, piątek, sobotę i niedzielę. Każdy z tych dni to co najmniej dwie imprezy. W środę odbywały się cztery – na dwóch różnych stawach.

 

Nam przyszło rywalizować na akwenie, który poznaliśmy podczas treningu. Middle Lake okazał się niesamowicie rybną wodą, obfitującą w niezwykle silne karpie o przeciętnej wadze od 4 do 6 kilogramów. Bogatsi o pierwsze doświadczenia z niecierpliwością wyczekiwaliśmy startu. Zanim jednak zabrzmiał pierwszy sygnał, czekała nas krótka rozmowa z Willem, który wytłumaczył nam podstawowe zasady. Te były dość proste, jednak nie obyło się bez niespodzianek.

Pierwsza zasada to obowiązkowe trzy siatki. Nie dwie – musiały być trzy i tyle siatek mieli wszyscy startujący zawodnicy. Tura trwała standardowe 5h, jednak łowienie następuje bezpośrednio po nęceniu - kto pierwszy skończy, ten pierwszy łowi. Dopuszczalne są metoda spławikowa i gruntowa. Klasycznie wolno łowić jedną wędką jednocześnie. Po syrenie końcowej nie ma możliwości doholowania zaciętego karpia. Przed łowieniem należy wyciągnąć wszystkie siatki i rozłożyć je, by wyschły. Will twierdzi, że taki proces minimalizuje przedostawanie się bakterii do łowiska.

 

Po krótkim szkoleniu, przyszła pora na taktykę. Ta była równie prosta jak zasady – przynajmniej w teorii. Byliśmy przygotowani na trzy koncepcje łowienia: 1) bomb, czyli drgająca szczytówka z ciężarkiem i nęcenie procą 2) top „five”, czyli klasyczny skrót i nęcenie luźną kukurydzą 3) margin pole, czyli łowienie przy brzegu i nęcenie kukurydzą z przemoczoną zanętą. To, która z nich będzie najlepsza w danym miejscu, Will miał nam powiedzieć dopiero po losowaniu.

 

Sama zbiórka znacznie różniła się od tych, które znamy z polskich łowisk. W Anglii wszystko toczy się leniwie, a zaplecze infrastrukturalne wokół łowiska po prostu przytłacza. Zawodnicy wchodzą do przybudowanej altanki przy sklepie Willa, zamawiają kawę, herbatę, piwo lub colę, a do tego każdy z nich bierze tosty na ciepło lub inną łatwą przekąskę. Gdy wszyscy mają co jeść następuje dyskusja na wygodnych, skórzanych sofach. Losowanie miało się zacząć o 7:00, a jest już 7:15? Trudno. Najpierw wędkarze muszą spokojnie dokończyć śniadanie i przegadać wszystkie założenia taktyczne oraz wyniki weekendowych meczów, których powtórki lecą akurat w telewizorze. Wreszcie koło godz. 7:30 Will wraz ze swoim ojcem rozstawiają na stole numerki, wybierają liczby odpowiadające wytypowanym pegom i wrzucają całość do wielkiego, srebrnego pucharu. To z niego zaczynamy losowanie. Zawody standardowo podzielone są na sektory. Choć startuje zaledwie 16 osób, tego dnia sektory były aż 3. Will przekonuje nas, że ze względu na duże nierówności występujące w tego typu łowiskach, małe sektory są bardzo popularne. Obok nich zliczana jest oczywiście klasyfikacja generalna i tutaj też czekają największe nagrody. Apropo nagród i wpisowego - tutaj sytuacja także jest bardzo czytelna.

 

Na małych, lokalnych zawodach prawie nigdy nie ma pucharów, statuetek czy nagród rzeczowych. Króluje gotówka z wpisowego, które tego dnia wynosiło 30 funtów (czyli obecnie 180 zł). Inaczej niż w Polsce wygląda jednak liczenie wyników. Klasyfikacja indywidualna to 6 najlepszych wyników wagowych, bez wliczania punktów za pozycję zajętą w sektorze. Oddzielnie nagradzane są także pierwsze trójki sektorowe.

 

Czas na przygotowanie wynosi dwie godziny. Dla nas była dobra wiadomość. Lokalni wędkarze nudzili się już po 40 minutach – dosłownie każdy miał już wszystko gotowe, dlatego na godzinę przed łowieniem nad wodą zostaliśmy tylko ja i Łukasz. Grupka znów wróciła do altanki, zajadała kolejne tosty i popijała herbatę. Coś fantastycznego.

 

Lokalsi, bez względu na wiek i liczbę sprzętu robili wszystko błyskawicznie. Kombajn rozstawiali w minutę, wędki w kolejne pięć, a później błyskawicznie gruntowali. To nie były nerwowe, szarpane ruchy. Wszystko płynnie, jak roboty. Will wytłumaczył nam, że nie powinniśmy mieć jednak żadnych kompleksów. – To ludzie, którzy co najmniej trzy dni w tygodniu, przez cały rok spędzają na karpiach. Gdybym kazał im łowić ukleje albo zabrał nad rzekę i dał wędkę z dyskiem, większość z nich nie wiedziałaby co z tym zrobić - mówił gospodarz.

Wspomniane dwie godziny minęły nam jednak błyskawicznie. Ja wylosowałem stanowisko, na którym dzień wcześniej trenował Łukasz. Byłem zadowolony, bo wszystko miałem podane jak na tacy. Łukasz wylosował drugi, płytszy brzeg i nie wiedział czego może się spodziewać. Wskazówka dla mnie: top five i bomb, w ostateczości margin; dla Łukasza: bomb i margin ze wskazaniem na to drugie.

Nęcenie było formalnością, a dwie minuty później zaczęło się łowienie. Pamiętaliśmy jednak słowa Willa z treningu: - na pierwsze branie możecie czekać nawet przez trzy godziny. Przez cały ten czas musicie być maksymalnie skoncentrowani, nie przeoczyć momentu, w którym ryby wejdą w łowisko.

Trzeba było uzbroić się w cierpliwość. W moim sektorze pierwszą rybę po godzinie złowił zawodnik na skrajnym stanowisku. Ja przez pierwszą godzinę nie zarejestrowałem nawet brania. U Łukasza też było kiepsko, jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że trzeba czekać. W drugiej godzinie miałem dwa brania na bombie i dwa karpie na haczyku. Niestety obie ryby spiąłem. Jedną krótko po zacięciu, a drugą dosłownie na dwie sekundy przed podebraniem. Karp był duży, miał ok. 5 kilogramów. Dzień wcześniej łowiliśmy po kilkadziesiąt podobnych ryb na głowę, więc specjalnie się tym faktem nie przejąłem. Niesłusznie. Tego dnia moja całkowita waga ledwo przekroczyła 10 kilogramów…

W trzeciej godzinie ryby zaczął łowić Łukasz. Najpierw na bomb, a następnie ma margin pole. To właśnie łowienie przy brzegu przyniosło mu najwięcej ryb. Ostatnia z nich spięła się tuż przy podbieraku i jak się okazało byłby to karp na wygranie zawodów! Łukasz zakończył zmagania z wynikiem 48 kilogramów (pierwotnie waga podawana była w funtach), a najlepszy zawodnik miał zaledwie 3 kilogramy więcej! Co więcej, drugi wędkarz w tym sektorze miał 49 kilogramów! Niesamowity pech, ale i nauczka, by nawet przy takich wynikach szanować każdą rybę.

 

 

Dla Łukasza ten wynik i tak był wielkim sukcesem. O trzecim miejscu generalnie przed zawodami nawet nie śnił. Ja uplasowałem się na czwartym miejscu w sześcioosobowym sektorze z wynikiem nieco ponad 10 kilogramów. Na mój rezultat złożyły się 3 leszcze, 2 karpie i płoć. U mnie wyniki wagowe były znacznie niższe niż u Łukasza i jeden dodatkowy wyjęty karp pozwoliłby mi na zajęcie drugiego miejsca w sektorze. Zwyciężył zawodnik ze stanowiska zamykającego (27 kg).

Następne wyniki to 13kg, 12kg, 10kg (ja) i dwa zera. Tak, tak – zdarzyły się nawet zera. Jedno z nich na stanowisku, z którego dzień wcześniej wyholowałem ponad 100 kilogramów karpi. Zaliczył je zawodnik, który na Gold Valley jest kilka razy w tygodniu, od kilku lat i przed zawodami przez Willa wskazywany był jako zdecydowany faworyt. I powiedzcie teraz, że wędkarstwo jest nudne i przewidywalne…

Co w czasie zawodów rzuciło nam się w oczy? Przede wszystkim ogromne umiejętności techniczne angielskich wędkarzy. To w jaki sposób rzucali, zacinali i nęcili było wręcz nieprawdopodobne. Starszy zawodnik po mojej prawej stronie (na oko 60 lat) przez bite pięć godzin łowił wyłącznie na top five, bez przerwy nęcąc stanowisko z kubeczka zamontowanego na szczytówce. Do ostatniej minuty był do bólu powtarzalny i konsekwentny. Nie zarejestrowałem u niego wyjazdu bez przerwy w nęceniu.

 

 

Ze względu na napięty grafik po zawodach musieliśmy w ekspresowym tempie opuścić łowisko. Na ceremonii wręczenia nagród byliśmy dosłownie przez dwie minuty. Łukasz odebrał zasłużoną nagrodę, pożegnaliśmy się z wędkarskimi kolegami i ruszyliśmy w kierunku lotniska. Po drodze czekała nas kolejna megaciekawa dyskusja z Willem na temat realiów tamtejszego wędkowania. Czas minął błyskawicznie i nawet stanie w wielkim korku było ogromną przyjemnością. Żal było wyjeżdżać, ale wierzymy, że jeszcze tam wrócimy i powalczymy o pierwsze polskie zwycięstwo na jednym z najsłynniejszych angielskich łowisk.

 

Dodał: DF