Z wizytą u Willa Raisona (część 1/3)

Gdy kilka miesięcy temu Łukasz powiedział mi, że latem tego roku najprawdopodobniej pojedziemy do Willa Raisona, byłem przekonany, że to tylko głupi żart. Nic z tych rzeczy. Wyjazd na Gold Valley okazał się prawdą, a my w oczekiwaniu nerwowo obgryzaliśmy paznokcie. To, co zobaczyliśmy na miejscu totalnie nas zaskoczyło. Były piękne ryby, potężny zastrzyk wiedzy i dawka niezwykle pozytywnej wędkarskiej energii.
 
Z lotniska Stansted Will odebrał nas swoim sportowym BMW. Spodziewaliśmy się VW Transportera ze słynnym logiem Old Ghosta, ale mistrz świata już na samym starcie pokazał, że u niego nie ma czasu na nudę. Droga do jego rodzinnego Ash - bo tak każe nazywać miejscowość, w której mieszka - upłynęła pod znakiem zbierania szczęki z podłogi. Konkretnie mojej szczęki, bo Łukasz miał już okazję poznać Willa podczas targów w Polsce. Ja byłem w szoku i dopiero w hotelu dotarło do mnie gdzie i z kim jutro pojedziemy na ryby.
 
Dawno nie wstawałem tak bezproblemowo jak we wtorkowy poranek. Łukasz też szybko zerwał się z łóżka i za kilka minut byliśmy gotowi do wyjazdu na legendarne Gold Valley. Przed tym czekało nas jeszcze słynne angielskie śniadanie... Chyba jedyna rzecz, której z tego wyjazdu nie będę wspominał z uśmiechem na twarzy. Naprawdę, musimy doceniać i szanować polską kuchnię!
 
 
Pod hotel Will podjechał już jedynym słusznym samochodem z jedyną słuszną rejestracją. Z hotelu na łowisko jechaliśmy zaledwie 5 minut, ale i tak było w tym sporo frajdy. Co ciekawe, nad górnym lusterkiem William Raison wbił swój ulubiony i jak mówi - fartowny spławik. Zgadniecie jaki? Tak, tak - dysk Gutkiewicza oklejony jak piłka nożna. Szkoda, że nie zrobiliśmy mu zdjecia!
 
Po dojeździe na Gold Valley najpierw zajrzeliśmy do legendarnego już sklepu wędkarskiego rodziny Raisonów. Temu co zastaliśmy w środku poświęcimy wkrótce osobny artykuł, bo uwierzcie, że jest o czym pisać. Kilka minut później byliśmy już nad stawem... choć to spore nadużycie, bo sklep znajduje się kilkanaście metrów od niego. Przed wejściem na łowisko powitała nas tabliczka z mapą GV i bardzo drobiazgowym regulaminem. Will zapewnił jednak, że nie ma potrzeby dogłębnego wczytywania się w jego zawartość. W Anglii 90% łowisk ma bowiem takie same zasady i wędkarze działają tutaj instynktownie.
 
Stawów na Gold Valley jest pięć. Największy - Gold Lake - obfituje także w najwięcej dużych karpi, wśród których rekordowe sztuki ważą obecnie ok. 13-14kg. Will dokładnie kontroluje rybostan łowiska i waży wybrane osobniki. Jego wiedza na temat zawartości niemałych przecież stawów jest niewiarygodna!
 
 
Po drodze minęliśmy także trzy mniejsze stawy - Bat Lake - z zatopionym budynkiem, w którym mieszkają nietoperze (obłędne łowisko), Syndicate Lake oraz Bungalow Lake - dwa klasyczne stawy z wmurowanymi stanowiskami i sporą ilością karpia, leszcza i innych dużych ryb. Nam było jednak dane trenować na Middle Lake. To łowisko ma podłużny, dość regularny kształt, ale północny brzeg diametralnie różni się od południowego. Z jednej strony krzaki, dołki i nierówne dno. Z drugiej - płycizna, twardy blat i mało zarośnięte brzegi. Według Willa większe wyniki osiąga się w głębszej części, ale przy załamaniu pogody ryba ucieka w płytsze sektory łowiska. Tak czy owak, my usiedliśmy na głębszym odcinku. 
 
 
Wielkie wrażenie zrobiło na nas to, że Will był w stanie przez wiele minut rozprawiać na temat każdego stanowiska z osobna. Wiedział, że na pegu 80-tym świetnie łowi się na 5-elementów, a nęci się wyłącznie czystą kukurydzą. Na pegu 78 5-elementów już nie miało sensu, a sprawdza się margin pole, przy czym do kukurydzy trzeba było dodawać przemoczoną zanętę. Fenomen. Zna każdy dołek, każdy krzaczek i każdy niuans, który może przesądzić o zwycięstwie lub porażce.
 
Wymienione przeze mnie pegi nie były przypadkowe. Na treningu ja usiadłem na stanowisku nr 78, a Łukasz na 80-tce. Jeśli ktoś się zastanawia gdzie w tym czasie był nasz sprzęt i jak przewieźliśmy go samolotem... Nie było takiej potrzeby. Will pożyczył nam swój sprzęt, łącznie z ciuchami, a przy okazji dał wybór, kto chce łowić w Daiwie, a kto w Drennanie. Łukasz od razu postawił na Daiwę, a ja zacząłem rozstawiać drennanowską Rive. W pokrowcach czekały na nas najwyższe modele tyczek Daiwy (Air, Airity i Tournament), odległościówki do pellet wagglerów i kije do methody. Lekko żałowałem, że nie będzie nam dane choć trochę połowić na pełne kije, ale z drugiej strony nie przyjechaliśmy do Anglii po to, żeby marudzić.
 
 
Teraz trochę o stanowiskach i taktyce na trening. Na stanowisku Łukasza Will polecił rozłożyć wspomniane 5-elementów. W praktyce był to 2-elementowy top karpiowy (długości 3-el match) z pustą gumą hydroelastic (jedna biała, jedna czarna) i 2 elementy dopalane z rolek. Will używa zapinek dakronowych, a zestawy docina w taki sposób, by po wygruntowaniu odległość od zapinki do spławika wynosiła: w przypadku 5-el. - 30 cm, a w przypadku margin pole - 20 cm. I ani centymetra więcej (może być nawet mniej, ale zbyt krótki zestaw na wietrze stanie się "elektryczny"). Zestawy Will kazał na przegruntować o 2 centymetry, czyli długość korpusu spławika. Tutaj także nie stosuje odstępstw i prawie w każdej sytuacji łowi na przedłużony styk. Obciążenie główne również było nieskomplikowane, aczkolwiek w swojej prostocie - genialne. Ze względu na grubą żyłkę główną Will nie używa śrucin, tylko styli. Zaciska ich ok. 4-5 i skupia blisko siebie, ok. 20-25 cm powyżej haczyka. Nad głównym obciążeniem zaciska kilka stylowych pyłków, które można zdejmować w razie pojawienia się fali. Każde zdjęcie mini-styla powoduje wynurzenie się antenki o ok. 1 mm. Na starcie antenka wyważona jest tak, że z wody wystają 2-3 mm.
 
 
Same spławiki, których używa Will są bardzo różne. W samych tylko kasetach karpiowych doliczyliśmy się ok. 200-250 zestawów (sic!). Aż strach sobie wyobrazić ile łącznie posiada ich ten znakomity zawodnik. Wszystkie zestawy robione są seriami, na żyłkach od 0,18 do 0,24. Co istotne - Will nie używa przyponów i każdy zestaw zakończony jest zawiązanym haczykiem. Z reguły są to haki Guru w numeracji od 16 do 10.
 
 
Poza zestawami, w które wyposażył nas Will, w skrzynce znalazło się jeszcze całe spektrum ultraciekawych rzeczy. Od specjalnych przyrządów do nakładania miąższu chlebowego, poprzez dziesiątki różnych wypychaczy, pierścieni do wagglerów, gruntomierzy... cała historia, wędkarstwa. Widać, że wszystkie te akcesoria pracowały. Nie były brudne, ani zaniedbane - były po prostu mocno eksploatowane. Trudno tego jednak uniknąć, gdy jest się co najmniej 5 razy w tygodniu na rybach.
 
 
Wróćmy jeszcze do stanowiska Łukasza. Tak jak wspomniałem, jego podstawową taktyką miał być 5-elementowy skrót. Rzado spotykana taktyka na polskich łowiskach komercyjnych. Nęcenie miało się ograniczać do kukurydzy, których Will na całodniową sesję przygotował... 20 puszek. Po 10 na głowę, kto by pomyślał. Nęcenie miało polegać na dorzucaniu niewielkich porcji (mała garstka), w okolice spławika co dwie minuty.
 
 
Gdyby ryby żerowały bardzo chimerycznie lub było ich mało, trzeba było używać kubeczka zakładanego na szczytówkę i nęcić mniej, a dokładniej.
 
 
Uzupełniem zestawu Łukasza był "bomb". Bomb to nic innego jak prosty zestaw pickerowy, w którym zamiast koszyczka do methody korzysta się z 15-gramowego ciężarka na krętliku. Ciężarek w brunatnym kolorze, w kształcie grubej kropli mocuje się do agrafki, która jest zakończeniem zestawu. Poniżej niej zapięta jest druga agrafka, do której mocuje się gotowe przypony. W tej technice najważniejsze było jednak nęcenie, które polegało na ciągłym wystrzeliwaniu porcji grubego 8-mm pelletu na ok. 30 metrów od brzegu. Ze względu na bardzo wietrzny dzień nam szło to jak po grudzie. Zdecydowanie lepiej radził sobie Will, który strzelał z powtarzalnością snajpera - brał poprawkę na wiatr i za każdym razem trafiał idealnie.
 
 
Na haczyku także należało umieścić pellet. Był to zwykły klasyczny pellet Ringera, który zdaniem Willa jest identyczny jak ten produkowany przez Dynamite Baits. W jego mniemaniu nie ma większego znaczenia z jakiej marki i smaku korzystamy. Ważniejsza jest precyzja i powtarzalność. I to był klucz całego naszego treningu.
 
 
Moje stanowisko, nieco różniło się od pegu Łukasza. Po swojej prawej stronie miałem drzewo z korzeniami, które wychodziły w wodę. Utrudniałyby łowienie na 5-elementów i uniemożliwiały zastosowanie margin pole po tej stronie. Will polecił mi zatem, abym spróbował łowić na margin po lewej stronie, tuż przy kępie krzaczków. Po wygruntowaniu okazało się, że jest tam 40 centymetrów głębokości, co powinno oznaczać, że jeśli karpie wpłyną w łowisko zobaczę ich grzbiety! I w praktyce prawie tak było. Po każdym pojawieniu się karpia w łowisku na wodzie pojawiał się imponujący lej. Zdaniem Willa margin nie był jednak dobrym pomysłem na start. Gospodarz zapewnił, że przez pierwsze dwie godziny (do godz. 12:00) lepsze wyniki zanotuję łowiąc na bomb. Później miałem próbować szczęścia na marginie, którego raz na 30-40 minut donęcałem zanętą Old Ghost. Była to mieszanka, która składała się praktycznie tylko... z przemoczonego pieczywa fluo.
 
 
Takie pieczywo Will zalewał wodą (dosłownie woda przykrywała mieszankę) i czekał aż wszystko się wchłonie. Po 10 minutach odlewał nadmiar wody i mieszał całość. Konsystencją mieszanka przypominała papkę, której nie dało się uformować w kulkę. Zanętę po prostu wsadzało się do kubeczka zanętowego i ugniatało w środku. 
 
 
Zdaniem Willa zarówno kukurydza, jak i przemoczona mieszanka spełniały kryteria idealnych zanęt z jednego prostego powodu. Były ciężkie i dobrze widoczne, przez co zalegały na dnie, nie wabiły drobnicy i nie uciekały karpiom sprzed nosa. 
 
Moje zestawy do margina, miały łącznie ok. 60 cm długości i były zbudowane na spławikach 4x14 Daiwy. W topach podobnie jak Łukasz miałem białe i czarne hydroelastiki, które sprawdzały się po prostu fenomenalnie.
 
 
Pierwszą rybę na Gold Valley złowił Łukasz. Ku naszemu zdziwieniu karp był wyjątkowo blady - wręcz biały. Nie zdziwiło to jednak Willa, który wytłumaczył nam, że to charakterystyczny dla tego łowiska Ghost carp. Ryba była niezwykle silna. Zdecydowanie silniejsza niż pospolite karpie na polskich komercjach. Skusiła się na kilka białych robaków podanych na skróta.
 
Chwilę później ja także złowiłem swojego pierwszego wąsacza. Ryba wzięła na bomb, i prawie zabrała wędkę z podpórek. Will podkreślił, by kładąc wędkę na podpórce opierać jedną z dolnych przelotek o siatkę lub fajkę. Dzięki temu karp po braniu nie wciągnie wędki do wody. Jak się okazało dzień później, kilku zawodników o tym zapomniało i po niezwykle silnym braniu musieli pływać po łowisku w poszukiwaniu własnego kija... 
 
Trudno opisywać każdą rybę i każde branie z osobna, ale tego dnia mieliśmy prawdziwy koncert łowienia. Między innymi ze względu na to, że na Middle Lake siedzieliśmy sami. Po drugie dzięki temu, że nad naszymi głowami czuwał mistrz Świata i Europy.
 
 
Każda wskazówka Willa była na wagę złota i błyskawicznie wpływała na obraz łowienia. Gdy zauważył, że jeden z nas niedokładnie nęci, od razu pokazywał co mamy poprawić i chwilę później były tego efekty. 
 
 
W przypadku margina ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, że decydować potrafi kilka centymetrów. Przy takich rybach! I przy tak wielkim łowisku! Gdy oddalałem zestaw 50 cm od brzegu nie miałem żadnych brań. Trzeba było łowić bliżej - dosłownie przy nawisie traw. 
 
Sama technika holu, którą pokazał nam Will również była bardzo prosta. Mistrz unikał pionowego ustawienia topu i podnosił kij dopiero przy podebraniu ryby. Tłumaczył, że karpia trzeba trzymać krótko i nisko, jak na smyczy, z kijem praktycznie zanurzonym w wodzie. Wtedy jest spokojniejszy i unika spektakularnych odjazdów. Następnie z wyczuciem trzeba wyjechać z podbierakiem, odpowiednio ustawić obręcz kosza i nagle, z zaskoczenia poderwać karpia ku górze. To są 2-3 sekundy, w których trzeba podebrać 5-6 kg rybę. Jeśli tego nie zrobimy czeka nas kolejne kilkanaście-kilkadziesiąt sekund holu. Na treningu bez znaczenia - na zawodach to już spory błąd.
 
 
I tak właśnie, pod znakiem 5-6 kilogramowych ryb (rzadko brały mniejsze) upłynął nam cały dzień. W międzyczasie na haczyku meldowały się kilkusetgramowe płocie, ponadkilogramowe leszcze i pojedyncze brzany. Pod wieczór, gdy zwijaliśmy już zestaw Will chciał nam pokazać coś jeszcze. Za naszymi plecami był jeden z pegów Gold Lake. Will wziął puszkę kukurydzy i wysypał kilka ziarenek przy samym betonie, gdzie było 60-70 centymetrów głębokości.
 
 
Następnie kazał po cichu zakraść się z topem i na dwa ziarna kukurydzy rozpocząć polowanie na naprawdę grubego zwierza. Przyznam szczerze - nie wierzyłem, że w ten sposób da się złowić sensownej wielkości rybę. A jednak! Pierwszą "torpedę" zaciąłem w momencie, gdy Łukasz i Will leżeli na betonie z głowami oddalonymi o pół metra od spławika! Po kilku minutach holu udało nam się podebrać ponad 7-kilogramowego karpia. Kilka minut później Łukasz złowił podobną, a może nawet większą rybę. Coś niesamowitego.
 
 

Później, na deser, została nam kolacja z Willem i jego żoną - Jadzią. To kolejny polski akcent (oprócz tego, że dziadek Willa był Polakiem), który jeszcze jeszcze mocniej związał z naszym krajem tego wspaniałego wędkarza. 

 
 
Rozmów o życiu i o rybach nie było końca, ale wreszcie trzeba było wracać do hotelu. Wszak następnego dnia czekały nas pierwsze w naszym życiu zawody na angielskiej komercji...
 
Ciąg dalszy nastąpi.
 
 
Dodał: DF