Wywiad z Bobem Nuddem

 
Bob Nudd to jeden z najbardziej utytułowanych zawodników w historii wyczynowego wędkarstwa spławikowego. 4-krotny indywidualny mistrz świata i wielokrotny medalista imprez mistrzowskich w drużynie. W kadrze narodowej spędził 24 lata, bijąc tym samym wszelkie dotychczasowe rekordy. W 1991 roku został sportową osobowością roku stacji BBC.
 
Bob, dzisiejsze spotkanie to dla nas niezwykła sprawa. Wychowaliśmy się na artykułach z Twoimi zdjęciami, a filmy z Twoim udziałem znamy praktycznie na pamięć. To mało wyrafinowane pytanie, ale opowiedz proszę - jak zaczęła się Twoja niesamowita przygoda z wędkarstwem wyczynowym?
 
Pamiętam to bardzo dokładnie. Pierwszy raz w zawodach wędkarskich wystartowałem w 1965 roku, gdy miałem 21 lat. To był zupełnie inny świat. Łowiliśmy na archaiczne wędki, siedzieliśmy na wiklinowych koszach, a sama idea sportu wędkarskiego dopiero raczkowała w Wielkiej Brytanii. Początki mojej kariery wiązały się ze startami w niewielkim klubie, który zrzeszał ok. 15 wędkarzy. Szybko udało mi się wspiąć w klubowej hierarchii, a po dwóch latach zdobyłem tam tytuł mistrza. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie.
 
 
Kiedy wygrałeś pierwsze duże zawody?
 
W 1969 roku. To była impreza organizowana na niewielkiej, wolnopłynącej rzece. W zawodach wystartowało ok. 100 osób, a ja wygrałem je łowiąc ok. 7kg ładnych płoci na metodę przypominającą dzisiejszego slidera. Na haczyk zakładałem pojedynczego kastera, który pozwolił mi wyselekcjonować większe ryby, dzięki czemu wyprzedziłem pozostałych zawodników.
 
Jak Ty to wszystko pamiętasz? Bob, wspomniałeś że na początku swojej kariery łowiłeś na wędkę z kołowrotkiem. Kiedy w takim razie po raz pierwszy trzymałeś w rękach tyczkę?
 
Tego nie pamiętam aż tak dokładnie, ale wiem że było to około 1980 roku. Pierwsze tyczki sprowadzaliśmy z Francji. Miały 10 metrów były bardzo ciężkie, słabo wyważone i jak na tamte czasy - bardzo drogie. Gdy jednak zobaczyłem ile zalet kryje w sobie technika skróconego zestawu, byłem nią zachwycony. Od razu wiedziałem, że to będzie metoda, która wywróci wędkarstwo spławikowe do góry nogami.
 
Ale początki nie były chyba zbyt zachęcające. Trudno łowić 10 metrową wędką, której parametry w łowieniu raczej przeszkadzają.
 
To prawda. Tyczki z początku lat 80-tych prawie w ogóle nie gasły i bujały się jakby były wykonane z kauczuku. Gdy zbyt mocno zabujało się wędką, szczytówka trzęsła się przez kilka minut. Nie da się tego porównać z obecnym asortymentem.
 
Choć urodziłeś się w Anglii, Twoja kariera nabrała rozpędu dzięki wędkowaniu w Irlandii. Opowiedz dlaczego tak się stało.
 
To prawda, do irlandzkich łowisk mam ogromny sentyment i chętnie wracam na nie w każdej wolnej chwili. Jest tam pełno wspaniałych, rybnych łowisk z niesamowitymi widokami, których nie da się porównać z żadnym innym miejscem na świecie. Poza tym to właśnie w Irlandii wygrałem pierwsze zawody, po których zrobiło się o mnie głośno w lokalnym światku wędkarskim. To był duży festiwal wędkarski, który trwał przez pięć dni. Jakby tego było mało łowiliśmy po 5h dziennie! W imprezie startowało 350 zawodników, a ja wygrałem dzięki znakomitej ostatniej turze, w czasie której złowiłem 500 płoci, ważących w sumie ponad 80kg.
 
 
80kg? To wynik rodem z łowisk karpiowych.
 
Zgadza się, ale w Irlandii takie rezultaty nie były wtedy rzadkością. Z resztą do dziś 20-40kg wyniki są tam na porządku dziennym i na nikim nie robią wrażenia.
 
Jaką metodą osiągnąłeś taki wynik?
 
Łowiłem 5-metrowym batem, a na haczyk zakładałem 3 białe robaki. Do złudzenia przypominało to łowienie uklei, ale ze względu na gabaryty ryb nie dało się tego robić równie szybko. 100 ryb na godzinę to był maks, jaki udało mi się wtedy wycisnąć.
 
Ten sukces sprawił, że trafiłeś do kadry narodowej?
 
Nie tylko, ale od niego wszystko się zaczęło. W tym czasie wygrałem naprawdę dużo zawodów i nieskromnie przyznam, że byłem naprawdę świetny technicznie. Dobrze skoordynowany, silny... to było moje pięć minut, które dobrze wykorzystałem.
 
 
Znów sprawdzimy Twoją pamięć. Pamiętasz swój pierwszy start na mistrzostwach świata?
 
Tak, to był rok 1984, Szwajcaria. W imprezie zajęliśmy 2. miejsce.
 
Dokładnie, złoto przegraliście z Luksemburgiem mniejszą wagą ryb. A który z czterech tytułów mistrzowskich najmocniej zapadł w Twojej pamięci?
 
Zdecydowanie Węgry w 1991 roku. Łowiliśmy w miejscowości Szeged na torze wioślarskim i od pierwszego dnia treningów notowaliśmy bardzo dobre wyniki. Do piątku było bardzo pochmurno i wiał wiatr, a nam najlepiej sprawdzała się wersja nęcenia ciężką mieszanką z robakami, która doskonale wabiła miejscowy białoryb. Taką taktykę przyjęliśmy także na sobotnią turę zawodów. Jednak ku naszemu zdziwieniu, tuż przed sobotnim nęceniem zrobiło się bezwietrzenie, a zza chmur wyjrzało słońce. Fala zamieniła się we flautę, woda stała się bardzo przejrzysta, a sens naszej taktyki stanął pod znakiem zapytania. Podjąłem wtedy ryzykowną decyzję, zaufałem swojej intuicji i odstąpiłem od planu nęcenia ciężką zanętą. Zamiast tego od samego początku strzelałem robakami z procy, co jak się później okazało było strzałem w dziesiątkę. W cuglach wygrałem pierwszą turę, a drugiego dnia podobną taktykę zastosowała już cała nasza drużyna. Złoto indywidualne, srebro drużynowe, a wszystko dzięki ryzykownej decyzji z soboty...
 
 
Wtedy już stosowałeś swoje słynne "fish to hand"?
 
Naturalnie. Bardzo często startowałem w zawodach, w których o zajętym miejscu decydowały niuanse. Kilka zbyt wolno wyholowanych ryb przesądzało o Twoim być albo nie być. Wiedziałem, że odpowiedni dobór gumy do długości zestawu, poprzedzony solidną wiedzą na temat rybostanu to klucz do sukcesu.
 
Gdzie Twoim zdaniem najłatwiej popełnić błąd w szybkościowym połowie zestawem skróconym? 
 
Wydawać by się mogło, że o błąd najłatwiej przy złym doborze długości zestawu, ale moim zdaniem kluczowa jest mało rozciągliwa guma. Do takiego łowienia nie nadaje się lateks, na który konsekwentnie stawia wielu wędkarzy. Ryba nie może bujać się na takim zestawie - musi trafiać do ręki jak pies na smyczy.
 
W Szeged o zwycięstwie nie zadecydowała jednak szybkość, ale odpowiednia technika nęcenia. Co w wędkarstwie wyczynowym odgrywa Twoim zdaniem większą rolę?
 
Aby powtarzalnie osiągać sukcesy w tym sporcie niezbędna jest wiedza - jak danego dnia zanęcić i zwabić ryby w łowisko. Możesz mieć najlepszy sprzęt, najlepszą tyczkę i najlepiej dobrane spławiki, ale bez dużej wiedzy na temat nęcenia nigdy nie będziesz wielkim wędkarzem. Zawsze wiele czasu poświęcałem na dokładne rozpoznanie lokalnych przyzwyczajeń ryb, sprawdzałem różne warianty zanętowe i różne miejsca żerowania. Gdy ustaliłem gdzie są ryby i na jakiego rodzaju zanętę reagują najlepiej, dopiero wtedy rozważałem wybór odpowiedniego spławika, dobór gumy i haczyka. Nigdy na odwrót.
 
Specyficzne nęcenie zadecydowało także o Waszym sukcesie we Francji w 2001 roku.
 
Tak, mistrzostwa w Paryżu wspominam bardzo dobrze. Jako jedyna ekipa z powodzeniem łowiliśmy wtedy węgorze, co było zasługą nietypowej taktyki nęcenia. Całkowicie zrezygnowaliśmy z zanęty i chleba, które były doskonałe na małe płocie i leszcze, a zamiast tego na dno posyłaliśmy glinę z siekanymi gnojakami. Do tego stosowaliśmy bardzo ciężkie spławiki, które pozwalały osadzić przynętę stabilnie na dnie. Inne ekipy stawiały na przepływankę, która przy połowie węgorzy nie sprawdzała się najlepiej. Zagraliśmy va banque i efekt był znakomity.
 
 
Co możesz powiedzieć młodym polskim wędkarzom, którzy chcieliby osiągnąć sukces w wędkarstwie wyczynowym?
 
Powinni łowić w silnej, zgranej drużynie i zasięgać jak największej liczby informacji. Dyskusja w tym sporcie to klucz do sukcesu. W Anglii rozmawiamy o każdym niuansie i nie mamy przed sobą tajemnic. Wierzymy w siłę zespołu, bo wiemy że razem możemy osiągnąć zdecydowanie więcej.  Poza tym ważna jest konsekwencja i koncentracja do ostatniej minuty. Choć zabrzmi to jak frazes - nigdy nie można się poddawać. W ostatnich minutach można zmienić bieg zawodów i złowić rybę na miarę zwycięstwa. Jak jednak pokazuje mój przykład z Szeged, czasami przydaję się odrobina ryzyka i zaufanie intuicji. To nieprzewidywalny sport i dlatego jest taki piękny.
 
Rozmawiali: DF i ŁK
Dodał: DF
Zdjęcia: Mateusz Gołębiewski oraz prywatne archiwum Boba Nudda