Wspomnienia z Mistrzostw Polski w Bydgoszczy

Tegoroczne Mistrzostwa Polski były dla mnie trzecią tej rangi imprezą z rzędu. Po raz kolejny poprawiłem swój rezultat z roku ubiegłego, jednak tym razem w przeciwieństwie do opolskiej "szóstki" po zawodach pozostał ogromny niedosyt.
 

CZWARTEK

 

Cała zabawa rozpoczęła się w czwartek rano, kiedy po szybkim i płynnym pokonaniu trasy z Warszawy do Bydgoszczy znaleźliśmy się nad łowiskiem. Kanał zaskoczył mnie swoimi rozmiarami, przyznam, że spodziewałem się, że jest nieco szerszy. - Taki troszkę kaczy dołek, bez ładu i składu... czy coś tutaj w ogóle pływa? - pomyślałem.

 

 

Na brzegu było już wielu zawodników, którzy prawie w komplecie zjawili się na czwartkowym treningu. Wszyscy gonili, spoglądali nerwowo na zegarki... każdy rwał się do łowienia. Nie chcąc wybiegać poza szereg, jako spóźnialski również zabrałem się do roboty. Rozłożyłem kombajn, 2 topy, uklejówkę i zacząłem gruntować łowisko. Tutaj duże zaskoczenie! Wody jest naprawdę niemało, na 12,5 metra prawie 3,5 metra. Na "dzień dobry" założyłem dwa zestawy ze spławikami Lorpio River Sensitive 0,5 i 1,0 grama. Bardzo lubię ten model - klasyczna bombeczka ze szklaną anteną, "trzymająca wagę". Śrut rozłożyłem klasycznie, 50 cm nad przyponem obciążenie główne, a później co 10 cm śrucinka nr 10, aż do przyponu. Ów przypon - 20 cm na żyłce 0,08 z haczykiem Milo R305 nr 18.

 

 

Trzeba było jeszcze co nieco umieszać. Postanowiłem skonsultować się z Maćkiem Chłopeckim i Krzyśkiem Turkiem, którzy siedzieli obok, aby nie powielać ich wariantów nęcenia - ważne było, aby każdy przygotował się nieco inaczej. I tak też zrobiliśmy. Krzysiek przygotował wariant ze średnią ilością zanęty i dużą ilością gliny, Maciek dodał więcej zanęty i nieco mniej gliny, zaś ja przygotowałem najmniej towaru ze wszystkich w proporcji 1:1, z dużą ilością gliny smużącej. Do całości dodałem także najmniej jokersa ze wszystkich - zaledwie 1/3 gazety.

 

Zaraz po zanęceniu Kanał bardzo mocno ruszył - i to od razu na 3-4 gramy. Woda rwała dość żwawo i 1-gramowa bombka przechylała się naprawdę solidnie. Tymczasem ryby zaczął łowić siedzący obok mnie Marcin Grotkowski. Wyciągał leszczyka za leszczykiem, osiągając naprawdę imponujące tempo. Mazowsze dłubało pojedyncze okonki i płoteczki, a Marcin w najlepsze powiększał swoją przewagę. Nie wiedzieliśmy co się dzieje... my dalej prawie na "0" a kolega ze Skierniewic ma już 10 chlapaków! W tym momencie donęciłem chyba 3 czy 4 raz z rzędu, Kanał nieco zwolnił... i zacząłem łowić leszcze, całkowicie uciszając stanowisko Marcina. Tym razem to ja wyholowałem 10 leszczyków w 10 wstawieniach. Wszystko na ochotkę. Ryby ewidentnie przemieszczały się całym stadem, bowiem w moim łowieniu, ani nęceniu nie było absolutnie żadnej filozofii. Ryby stały i brały - z opadu, z dna, nad dnem - było ich na gęsto. Po 10 leszczyku moje łowisko znowu zamarło i wszyscy łowiliśmy już tylko okonki, płoteczki i uklejki z tyczki. Pod koniec 3 godziny dołowiłem jeszcze 2 leszczyki, a Krzysiek i Maciek trafili kilka fajnych płotek. Przyszedł czas na zwijanie sprzętu i dopracowanie taktyki na piątek.
 

 

PIĄTEK

 

Tego dnia dołączył do nas Marcin Szubierajski, który na trening przygotował mieszankę niesmużącej gliny (dość ciężkiej, tęgiej) z zanętą. Ja pozostałem przy smużącym wariancie z piątku, a Maciek i Krzysiek postawili na lżejsze od Marcina, ale także niesmużące mieszanki.

 

Tym razem uciąg był zdecydowanie słabszy niż dzień wcześniej. Dostaliśmy także informację, że podczas samych Mistrzostw Kanał ma stać, co szczerze mówiąc lekko mnie zdezorientowało. W czwartek dowiązałem kilka grubszych zestawów, typowo na lekką przepływankę, a tutaj okazuje się, że trzeba wszystko odchudzać. No nic - wszyscy mają takie same warunki, więc nie ma co narzekać tylko trzeba brać się do roboty.

 

Sam piątkowy trening zamiast pomóc, tylko namieszał nam w głowach. Marcin łowił wręcz koncertowo, choć był to jego "pierwszy raz" na tym łowisku. Pięknie odławiał leszczyki i co najważniejsze robił to przez całe 3 godziny. Po ważeniu oceniliśmy jego połów na ponad 4000 punktów, co przy 2 kilogramach Krzyśka, niespełna dwóch Maćka i moim wymęczonym kilogramie było naprawdę znakomitym wynikiem. Gorszą informacją było to, że w sektorze D nie bierze praktycznie nic poza okonkami i płotkami ze skróta... 2 dni treningów w sektorze E mogło się zatem okazać daremnym trudem.

 

Po kuriozalnych wynikach (zgoła odmiennych niż dzień wcześniej) przyszedł czas na męską decyzję - na co łowimy podczas zawodów. Brak jednomyślności w naszym mazowieckim składzie spowodował, że praktycznie każdy mieszał coś innego. Rozumiałem tą decyzję i szanowałem, z tego względu, że po tak nieprecyzyjnych i krótkich treningach trudno było wyciągnąć sensowne wnioski. Ja całą taktykę podporządkowałem wiedzy "wyniesionej" znad Kanału Żerańskiego. Postanowiłem przygotować mieszankę tak, jakby zawody miały odbyć się na mojej "domowej" wodzie.

 

Przygotowałem około 10 litrów gliny, na którą składały się produkty "Górka": Glina Wiążąca, Ziemia Torfowa, Glina Argile Czarna i pół paczki Gliny De Somme. Taka mieszanka gwarantowała bardzo niewielkie smużenie i przyzwoitą "tęgość" którą kontrolowałem odpowiednim namoczeniem i trzykrotnym przetarciem przez najdrobniejsze sito. Dodanie gliny wiążącej ciężkiej spowodowało, że kulki można było lepić bardzo szybko bez obawy o jej rozpadnięcie w locie czy po uderzeniu o powierzchnię. Ja ten efekt chciałem nieco "rozmyć". Zależało mi na tym, aby kula dotarła do strefy przydennej w całości. Tam planowałem odławiać okonki i polować na pojedyncze bonusy. Brak leszczy "powierzchniowych" w czasie treningów na tamtym odcinku wykluczył u mnie wariant podawania towaru smużącego.

 

Zanęta miała być jak najprostsza i była. Pół paczki Sensasa Lake i niecałe pół paczki Sensasa Gros Gardons ledwo przykryły dno 17 litrowego wiaderka. Mieszanka i tak planowo miała być połączona z gliną więc nie dopatrywałem się szczegółów w jej pracy czy kolorze... wszystko i tak miało zgasnąć i być czarne. Na "awaryjne" ukleje zmieszałem Trabucco Ultimate z Sensasem Surface. Chociaż szczerze mówiąc nie wierzyłem, że będę łowił te rybki. Charakter tej wody był maksymalnie antyuklejowy.
 

 

SOBOTA

 

W nocy prawie w ogóle nie spałem. Starałem się zebrać myśli i wyluzować, ale przechodząca nad Bydgoszczą burza i niesamowita duchota skutecznie mi w tym przeszkadzały. W konsekwencji obudziłem się niewyspany, z przekrwionymi oczami i jakiś taki "niewyraźny". Nie czułem bluesa od samego rana, byłem przekonany, że to po prostu nie będzie mój dzień.

 

Na łowisko dojechaliśmy około 6:30, szybko namoczyłem zanętę i popakowałem odebrane przynęty do pojemników. Na szybko sprawdziłem jeszcze czy zestawy na uklejówkach mają dobrą długość. Teraz zostało już tylko dobrze losować i robić swoje.

 

 

Pierwsze losowanie zostało powtórzone. Szczerze mówiąc nawet nie pamiętam o co chodziło. Komuś się chyba pomyliła kolejność. Wiedziałem tylko, że najlepiej losować w podsektorze D1 jak najniższy numer lub w podsektorze D2 jak najwyższy. I los mi sprzyjał. Numerek 21 oznaczał 3 od końca stanowisko w D2. Po swojej prawej stronie miałem kolegę z treningu - Huberta Momorę, a po lewej Łukasza Gluzę. W swoim podsektorze miałem dwóch kolegów z Okręgu - Krzyśka Turka i Marcina Szubierajskiego co dodawało smaczku całej rywalizacji.

 

Stanowiska nie ma sensu zbytnio opisywać - wyglądało jak każde inne, dno z lekką warstwą mułu, głębokość dokładnie taka sama jak w E1 na treningach. Rozłożyłem 4 topy na które założyłem zestawy: 0.3, 0.5, 0.8 i 1.0 grama. Wszystko na żyłkach 0,10mm. Przypony założyłem identyczne - wszędzie po 20 cm na żyłce 0,08 z haczykiem numer 20 Milo R305. Spodziewałem się dłubaniny więc wolałem nie szaleć z rozmiarówką, a żyłka 0,08 mm dawała spore pole manewru w przypadku zacięcia bonusa. Całość uzupełniały 2 uklejówki i top do kubka.

 

 

Na główne nęcenie ulepiłem 18 kul mieszanki gliny i zanęty do której dodałem 2 setki jokersa. Wyszło około 2/3 całej przygotowanej mieszanki. Do tego kilka małych kulek na skróta i 3 kulki "double leam" ze sporą ilością jokersa i kastera, które podałem z kubeczka. Nęcenie wyszło całkiem sprawnie, przestrzeliłem tylko 2 kulki - reszta poszła w punkt. Przed sygnałem łowienia nie było żadnego stresu, spokojnie oczekiwałem na strzał.

 

Łowienie rozpocząłem od uklejówki. Przed nęceniem i tuż po nim zauważyłem, że w moim stanowisku ukleja dość mocno "oczkuje". W tak teoretycznie bezrybnym odcinku uklejki wydawały mi się pewnymi punktami, dlatego uznałem, że nie ma się nad czym zastanawiać. Tymczasem już po 30 sekundach łowienia Łukasz Gluza po mojej lewej holował pięknego jazia, i... wyholował. Ryba miała na lekko 500 punktów. Uznałem to za czysty przypadek i dalej odławiałem uklejki w tempie 2-3 na minutę. Po chwili Andrzej Ślosarz ze stanowiska numer 23 wyjął leszczyka... po chwili drugiego. Natychmiast odłożyłem uklejówkę i wyjechałem tyczką z najcięższym zestawem. Wstawienie...3 sekundy i siedzi spora ryba! Po kilkunastu sekundach podebrałem ponad półkilogramowego jazia.

 

 

Ryba narobiła sporo zamieszania, ale w kolejnych 15 minutach udało mi się odskoczyć dwoma leszczykami po 200-300 punktów. Czułem, że jest nieźle.

 

Łeb w łeb szedł ze mną Andrzej Ślosarz, który raz na jakiś czas odławiał średnie leszczyki. Po pierwszej godzinie mógł mieć ich nawet więcej niż ja. Decydująca okazała się druga godzina, w której ryby odeszły Andrzejowi, a mi brały już nie tak żwawo, ale regularnie. Co 5-10 minut miałem leszczyka lub jazia, a kilka ryb spiąłem przez zbyt szybki i nieporadny hol. Zacząłem niepotrzebnie kombinować, a wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego. Tak czy owak druga godzina na plus. W trzeciej godzinie znów trafiłem jazia za ponad 500 punktów, a w ostatnim kwadransie dołowiłem jeszcze 2 leszczyki.

 

 

Kibice zza pleców mówili, że mogę wygrać podsektor, co jeszcze 3 godziny wcześniej wydawało mi się niemożliwe. Niemożliwe stało się jednak faktem, choćwaga mocno mnie zaskoczyła. Typowałem swój wynik na 4500-5000 punktów ale 6150 było małym szokiem.

 

 

Andrzej wyłowił 3360, jednak biorąc pod uwagę, że przez ostatnią godzinę prawie w ogóle nie łowił i tak można było uznać za dobry rezultat. Drugi w podsektorze był mój imiennik Damian Stawarz, któremu niewiele zabrakło do granicy 5000 punktów. Trzeci Dominik Wojtas wyłowił nieco ponad 4000 punktów. Wiedziałem zatem, że mam sporą zaliczkę, a po kilku minutach usłyszałem, że to najwyższy wynik ze wszystkich podsektorów... prowadziłem po I turze i wiedziałem, że przed niedzielnym sygnałem "wolno łowić" pojawi się stres i nerwówka, czy tego chcę czy nie.
 

 

NIEDZIELA

 

"Zwycięskiego składu się nie zmienia" - mówi stare piłkarskie porzekadło. Wyszedłem z założenia, że zwycięskiej zanęty także, dlatego nic nie zmieniałem. Podobnie sprawa miała się z zestawami. Momentem kluczowym i zwrotnym w całych zawodach mogło być losowanie. Sektor miałem piekielnie mocny, pozostawało jeszcze pytanie kto trafi do mojego podsektora. To co los dał mi w pierwszej turze, zabrał niestety w drugiej. Wylosowałem stanowisko numer 9. W moim podsektorze, obok mnie na "8" usiadł niekwestionowany faworyt całych zawodów, niezwykle systematyczny i mocny w tym roku, zwycięzca sektora E z I tury - Wojciech Wysocki z Opola (klub Traper Siedlce). Na "7" usiadł inny znakomity zawodnik, zwycięzca podsektora E1 z soboty - Łukasz Wilk. Dodatkowo w moim podsektorze 2 stanowiska na prawo wylosował Maciek Białdyga (kadra narodowa), a ponadto m.in. Kamil Dziubałtowski i Dominik Wojtas (medaliści MP z lat 2010 i 2011). Po swojej prawej stronie, miałem Wojciecha Staszaka z Kalisza, któremu należą się spore brawa za wolę walki, bowiem do zawodów przystąpił z kontuzją nogi.

 

 

 

Trzy "jedynki" z pierwszej tury obok siebie gwarantowały ogromne emocje. Ja od początku czułem, że nie "dźwigam" tego ciężaru. Spalałem się w myślach, nie potrafiłem nie patrzeć na to co robi Wojtek. Zamiast skupiać się na sobie i własnym wyniku, co rusz podpatrywałem zagrania mistrza, analizując krok po kroku jak gruntuje, jak rozkłada zestawy, jak ma rozmieszczone śruciny.

 

 

 

Przyszedł jednak czas na ulepienie kul i nęcenie. Wszystko wyszło perfekcyjnie, chwyciłem top i czułem, że drży mi ręka. Po strzale wyjechałem zestawem i... czekałem. W międzyczasie Wojtek holował już pierwszego leszczyka. Czułem, że tak mogą wyglądać całe zawody, bowiem to co Wojtek w tym roku pokazywał podczas cyklu GPP jest najwyższą klasą, prawdziwym majstersztykiem. Jednak wszystko działo się bardzo szybko, jakby na przekór logice. W ciągu pierwszych 30 minut łowienia odjechałem wszystkim w tempie rakiety. 5 wstawień, 5 ryb od 200 do 500 i jako kropka nad i, jaź za lekko 600-700 pkt. W tym momencie byłem już cały mokry... łowiłem jak natchniony, Wojtek mógł jeszcze nie mieć kilograma, ja wiedziałem, że mam już ponad 2. Łukasz Wilk, też łowił nieźle, ale ryb po dwóch kwadransach miał z pewnością mniej. I wtedy nastąpiło coś, czego pewnie jeszcze przez lata nie będę w stanie zrozumieć - brania całkowicie ustały. Nie pomogło donęcanie, zmiana gruntu, łowienie pod powierzchnią... naśladowanie Wojtka pod każdym możliwym względem. Bezradnie patrzyłem jak mistrz dobrał się wreszcie do leszczy i jazi, a mi pozostawił miejsce w pierwszym rzędzie podczas swojego "One Man Show".

 

W akcie desperacji chwytałem nawet uklejówkę, żeby dołowić cokolwiek i nie przegrać potencjalnego pudła o 5 gram. Wiedziałem, że odjeżdża mi także Łukasz Wilk... cała moja nadzieje tkwiła w słabszej turze Adama Grunera w sektorze D. Pod koniec tury wiedziałem jednak, że Adam łowi świetnie i podium ucieka mi na dobre. Pod koniec robiłem już wszystko - donęcałem gliną, zanętą, zapachem, luźnym jokersem, ochotką... prowokowałem ryby, skakałem z zestawami - wszystko na próżno.

 

Tak najwidoczniej musiało być. Wojtek Wysocki po ostatnim strzale jeszcze wstrzymywał się z okazywaniem radości, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że tylko cud może odebrać mu obronę tytułu sprzed roku. Cudu nie było i świeżo upieczony mistrz razem ze swoim trenerem Sylwestrem Gindą wylądowali w wodzie. Ogromne brawa dla Wojtka. Muszę przyznać, że luz, pewność siebie i technika jaką prezentował tego dnia wicemistrz Świata z ubiegłego roku bardzo mi zaimponowały. Po chwili wrócił do mnie mój tata i trener jednocześnie, z informacją, że przez pierwsze 30 minut zbudowałem wynik na 3 miejsce w podsektorze. Byłem w niemałym szoku, bowiem jeszcze tliła się szansa na medal... szansa, która zgasła kilka minut później po informacji o drugim miejscu Adama Grunera.

 

Pakowałem się z bardzo mieszanymi uczuciami, bowiem z jednej strony wiedziałem, że ktoś musiał być czwarty, a z drugiej czułem, że przy odrobinie szczęścia mogłem wskoczyć na wymarzone podium. A może ta odrobina szczęścia to było właśnie to czwarte miejsce, a mi zabrakło po prostu umiejętności? Nie ma sensu tego roztrząsać.

 

Przed 17:00 przyszedł czas na dekorację zwycięzców i zakończenie zawodów. Obok podium stało się dziwnie, nie ukrywam, że z zazdrością, ale taką czysto sportową, zdrową, patrzyłem na najlepszą trójkę, która w ten weekend okazała się po prostu lepsza. 5. miejsce zajął Szymon Ciesielski, który w 2010 roku na Kanale Dwory siedząc obok mnie sięgnął po Mistrzostwo Polski. Sam fakt, że tym razem udało mi się wygrać z tak doskonałym zawodnikiem było dla mnie sukcesem.

 

 

Po młodzieży przyszedł czas na seniorów, wśród których po triumf sięgnął Michał Łebkowski pieczętując bezwględną dominację Trapera w tym sezonie. Drugi był nieoczekiwanie goszczący niedawno na moich zawodach Sylwester Dawidziuk, a trzeci (który to już raz na podium?) Wiktor Walczak. W pierwszej dziesiątce nie zabrakło pozostałych Traperów - Grzegorza Mazurczaka i Wojtka Kamińskiego.

 

 

Podczas zakończenia byłem nieco przygaszony i zawiedziony... trochę także swoją mentalnością. Ktoś dał mi palec, to ja chciałem całą rękę. Przed Mistrzostwami miejsce w "6" brałbym w ciemno, jednak po sobotniej turze wszystko wywróciło się do góry nogami. Z resztą... w końcu nie od dziś wiadomo, że "apetyt rośnie w miarę jedzenia"...

 

Z tego miejsca jeszcze szczególne podziękowania dla:

 

- wszystkich mieszkańców Villi Agat, za doborowe towarzystwo podczas całego wyjazdu
- Mateusza Turka za bezinteresowną pomoc przy przygotowaniach do zawodów
- Pawła Fica za potężną dawkę humoru i pozytywnego nastawienia
- Kacpra Góreckiego za wsparcie techniczne
- i wreszcie dla mojego Taty Darka, bez którego ten wyjazd nie miałby racji bytu. Jeśli nie ja, to przynajmniej on za ten wyjazd zasłużył na medal!