Wielkie jazie z Krzysztofem Kałużnym

Kanał, karpie, zalew, kanał, karpie, zalew - tak w ostatnich miesiącach wyglądał nasz wędkarski kalendarz. Jednym słowem - nuda! Z monotonnego stanu wyrwał nas telefon Krzyśka Kałużnego z Matchpro. - Przyjeżdżajcie! Biorą piękne jazie. Nie wahaliśmy się ani chwili.

Piątkowe popołudnie w pracy przeciągało się w nieskończoność, ale wreszcie zegar wybił upragnioną 17:00. Ze stolicy wyruszyliśmy w kapitalnych nastrojach. Czekało nas kilka godzin jazdy do Pleszewa, gdzie mieliśmy przenocować przed wyjazdem do właściwej destynacji. Po szczęśliwym dotarciu do domu Krzyśka, przywitał nas gospodarz i wielki czarny pies, który wabi się... no zagadnijcie jak? Nie zaskoczę was - psiak Krzyśka Kałużnego wabi się Milo.

Choć dojechaliśmy grubo po 21:00, a przed 5:00 czekała nas pobudka, znaleźliśmy jeszcze czas na długą rozmowę o rybach, życiu i innych sprawach, które najlepiej omawia się w męskim gronie. Wreszcie zmogła nas noc, a trzeba było trochę wypocząć. Rano czekała nas wycieczka pod Głogów, nad wyczekaną Odrę. Nie miejscu byliśmy ok. 8:00. Zastaliśmy miejsce jak z bajki - długa prostka, połączona ze starorzeczem, łagodny brzeg z możliwością dojazdu i wspaniały, silny, równomierny uciąg. Po wstępnym wyborze miejscówek zabraliśmy się za szykowanie zanęty i gliny.
 

 
Krzysiek zdecydował się na mieszankę dobrze nam znaną z warszawskiej Wisły. 3 kg suchej zanęty i 5 paczek rzecznej gliny. Do tego klej, atraktor, dużo robaka i najważniejsze składnik na tutejszą wodę - pieczywo fluo.
 
Jako zanętę gospodarz wyprawy wykorzystał 1kg Milo Super River i 1kg Milo Special Breme, do których dodał niecały kilogram epiceine. Całość namoczył wodą z dodatkiem melasy, przesiał przez sito i odstawił na kilka minut. W międzyczasie przygotował glinę rzeczną, którą zmieszał za pomocą wiertarki (świetna sprawa, po tej wyprawie sami zdecydowaliśmy się zainwestować w ten gadżet). Do gliny Krzysiek dodał litr bentonitu i paczkę atraktora Milo Caramel Brasem. Całość jeszcze raz przemieszał, domoczył i na samym końcu dodał kolorowe pieczywo fluo.
 
 
Zwróciliśmy uwagę, że towar Krzyśka był znacznie bardziej wilgotny, niż ten z którym dotychczas mieliśmy styczność na rzekach. - Na takim uciągu nie ma mowy o kompromisach. Mieszanka musi być bardzo mocno doklejona i mieć konsystencję plasteliny. W innym razie po kilku minutach popłynie z nurtem - przekonywał nas szef MatchPro. Charakterystyczne były też kule, które przygotował na pierwsze nęcenie. Duże i nie spłaszczone w takim stopniu jak robi to wielu zawodników (płaskie kule mogłyby nienaturalnie opaść w wodzie i ominąć pole spływu zestawu). Zaskoczyła nas jeszcze jedna rzecz - na tego typu łowisku Krzysiek nie dodawał żwiru. Stwierdził, że przy takiej zawartości gliny i dużej ilości kleju, małe kamyczki nie znajdą zastosowania. Podkreślił, że dodałby żwir w sytuacji, gdy zawartość gliny byłaby śladowa lub nie byłoby jej wcale.
 

 
W międzyczasie, gdy towar "dochodził do siebie", wygruntowaliśmy łowiska. Swoje stanowisko najdłużej opukiwał Krzysiek. Ze względu na silnym uciąg zdecydował się (podobnie jak i my) na 11-metrowy kij. Na dnie szukał choćby najmniejszej nierówności, na której zanęta mogłaby się zatrzymać. Okazało się, że na spływie znajduje się niewielki dołek, a za nim mała górka - to dawało nadzieje na dobre wyniki. Apropo wyników. Zanim rozpoczęliśmy łowienie, nieco powyżej nas, przez ok. 3h z nurtem Odry walczył miejscowy tyczkarz. Nie złowił ani jednej ryby. Co więcej - stwierdził, że dzień wcześniej kilku jego kolegów także zeszło stąd na zero. Złe wieści nie zbijały nas jednak z tropu - robiliśmy swoje.
 

 

Silny uciąg i wysoka woda zmusiły nas do sięgnięcia po naprawdę ciężkie zestawy. Krzysiek na topach założył spławiki Milo Heart od 10 do 25 gram. Zestawy były zbudowane w bardzo prosty sposób: oliwka, pod nią 4-5 jednakowych śrucin, 30 cm przerwy i duży sygnał (śrucina numer 3). Całość uzupełniał 30 cm przypon zbudowany na żyłce 0,14 mm i haczyki od numeru 14 do 18. Zapytaliśmy Krzyśka jakich haczyków używa na rzekę. Jego odpowiedź mocno nas zaskoczyła. Okazalo się, że korzysta z trzech rodzajów haka - na małe i średnie ryby przy konieczności łowienia na ochotkę jest to MiloR305. Przy średnich i dużych rybach, ale małych i delikatnych przynętach korzysta z Milo Morgan z serii Captain Hook. Na największe ryby (podobnie jak ja) zakłada Milo P132S. Także prostota, prostota i jeszcze raz prostota.

Łowienie zaczęliśmy o 11:00. Do wody na dzień dobry poleciało ok. 15 litrów mieszanki. Resztę zostawiliśmy na donęcanie. Od samego początku byliśmy zachwyceni równym, silnym nurtem. Spławik na spływie o nic nie zaczepiał, nie wpadał w żadne zawirowania - masjtersztyk. Szkoda jedynie, że trafiliśmy na podniesiony poziom wody. Przy 30-40 cm mniej warunki byłyby po prostu idealne.

 
 
Pierwsze 15 minut zgodnie z przewidywaniami nie przyniosło brań. Wreszcie w jednym z kolejnych wstawień Krzysiek zacina piękną rybę. Pusta guma Matchpro o średnicy 1,8 mm wyjeżdża ze szczytówki i zaczyna się zabawa. Ryba wynurzyła się ok. 10 metrów poniżej stanowiska Krzyśka. To jaź! Po niego tutaj przyjechaliśmy. Kilkanaście sekund później srebrna torpeda trafiła do podbieraka, a później do siatki.
 
 
Od razu po wyholowaniu ryby Krzysiek postanowił donęcić. Jego towar do donęcania był bardzo tęgi - doklejony jeszcze mocniej niż pierwotnie wrzucana mieszanka. Chodziło o to, by można było formować małe, ciężkie kulki, które choćby przez kilka minut przeciwstawią się sile nurtu. Pod koniec pierwszej godziny, po kilku szybkich pustych braniach Krzyśkowi trafił się 35-centymetrowy kleń.
 
 
Ryba wzięła w kulach, co było dobrym znakiem. W drugiej godzinie woda w rzece zaczęła się podnosić. Nasz kolega szybko zareagował na przyspieszony uciąg i top z 15-gramowym spławikiem zamienił na model 20-gramowy. Nieco podniósł też grunt.
 
 
To zagranie było strzałem w dziesiątkę. Krzysiek zaciął kolejną rybę (znów w kulach) i powoli wycofał kij. Tym razem ryba wyciągnęła znacznie więcej gumy i majestatycznie trzymała się w nurcie. I choć udało się zatrzymać pierwszy odjazd, kilka sekund później u-boot urwał markową czternastkę. Bywa i tak - łowimy dalej. Na kolejne emocje nie trzeba było długo czekać. Kilka przejazdów później na wędce zameldował się piękny jaź. Tym razem wytrzymała i żyłka i haczyk, który wbił się w kącik pyszczka. Jaź skusił się na tzw. flagowca - 2 białe robaki w kolorze białym i czerwonym.
 
W trzeciej i czwartej godzinie do siatki Krzyśka trafiły jeszcze dwa jazie. Jeden podobny do poprzednika - ok. 1,5 kilogramowy i jeden mniejszy - ok. 500-600 punktów. Nad naszymi głowami zaczęły się zbierać gęste chmury, dlatego jednogłośnie postanowiliśmy zakończyć łowienie i podsumować wyniki. Pomimo wysokiej i stosunkowo brudnej wody udało nam się złowić kilka pięknych ryb (tak, my też łowiliśmy jazie, ale pozwalamy czytelnikom odpocząć od naszych uśmiechów). Najlepiej i tak wypadł Krzysiek, który miał zdecydowanie największą skuteczność z całej naszej ekipy.
 
 
Naszym zdaniem o jego wynikach zadecydowały dwa czynniki. Po pierwsze doświadczenie i umiejętności wędkarskie, które są na naprawdę najwyższym poziomie, a po drugie - postawienie na puste, bardzo rozciągliwe gumy. Takie amortyzatory perfekcyjnie sprawdzają się na dużych rzecznych rybach, łowionych na silnym uciągu. Podobnie jak przy karpiach pierwszy odjazd jest tutaj niezwykle silny i często decydujący.
 
Pomimo soczystego połowu i dużych ryb na koncie znad Odry wracaliśmy pełni niedosytu. Na kijach mieliśmy wiele potężnych ryb (niektóre prawdopodobnie były brzanami albo bardzo dużymi leszczami - zero szans na podjęcie walki). Wrócimy tu latem, gdy woda nieco spadnie i spróbujemy znaleźć klucz na tutejsze bonusy. Do zobaczenia nad wodą!
 
 
Tekst: DF
Zdjęcia: DF, ŁK