Tubertini Cup Szymanowice - czyli jak trenować inaczej

 

Trening przed zawodami to dla wielu zawodników obowiązkowa część startu w ważnym turnieju. Ale czy zawsze musimy trenować na docelowym łowisku? Zdecydowanie nie! Pokażę Wam jak tym razem przygotowywałem się do zawodów z cyklu Tubertini Cup, które odbyły się w Szymanowicach.

 

Zacznę od tego, że jeśli tylko mam wybór, zawsze jadę nad wodę, nad którą odbędą się zawody. Tak jak sztuczna ochotka nigdy nie przebije prawdziej, tak trening na miejscu zmagań zawsze będzie najbardziej miarodajny. Ale, no właśnie ale. Większość z nas - zawodników - na codzień pracuje, wychowuje dzieci i ma tysiące różnych spraw do załatwienia. Owe sprawy nie zawsze pozwalają nam na piątkową, albo nawet czwartkową eskapadę w miejsce oddalone i kilkaset kilometrów od naszego domu. To jednak nie przekreśla naszych szans na dobre przygotowanie się do zawodów. Są jednak pewne warunki, których spełnienie jest konieczne do przeprowadzenia treningu na odległość. A właściwie jeden, dość złożony warunek - co najmniej przyzwoita wiedza na temat areny zawodów, podparta jakąkolwiek praktyką. Taki warunek został spełniony przed moją ostatnią w tym roku wizytą w Szymanowicach na zawodach z cyklu Tubertini Cup.

 

Łowisko to jest mi bardzo dobrze znane. W tym roku, łowiąc ponad 10kg ryb, wygrałem tam zawody z cyklu Sensas Challenge. Łowienie w świętokrzyskim zbiorniku jest powtarzalne i schematyczne, ale dzięki temu uzyskujemy bardzo przewidywalny obraz tego, co może nas czekać podczas zawodów. To z kolei pozwala na poszukiwanie wody zastępczej, na której będziemy mogli trenować bez konieczności kilkugodzinnej jazdy autem.

 

Szymanowice w wersji mini znajdują się zaledwie pięć kilometrów od mojego domu. To Zalew Amo - płytkie łowisko z twardym dnem i dominującą płocią o średniej wadze 30-50pkt. Łowienie tutaj to złudzenia przypomina płytkie sektory z Szymanowic. Na Amo stosuje się takie same zestawy, z takim samym obciążeniem i także łowi się na 11 metrów. To obłowienia się miejsce idealne. W takich warunkach świetnie można także poćwiczyć nęcenie główne (szybkie i celne), donęcanie oraz dopięcie gum i sam hol.

 

Szymanowice w wersji mini

 

W sobotę nad wodę zabrałem prostą mieszankę składającą się z płociowych zanęt Mondial płoć  i Sensas Gros Gardons oraz 2kg gliny double leam Górka. Zanęty było mniej niż zamierzałem zastosować na Szymanowicach, ale starałem się zachować identyczne proporcje, dlatego spożywkę i glinę wymieszałem w stosunku 1 do 1.

 

Płotki z piaseczyńskiego zbiornika zamierzałem zwabić i zatrzymać w łowisku na jak najdłużej, dlatego do mieszanki dosypałem sporą ilość kleju i mięsko - dużą garść pinki i 0,5 litra jokersa. Na topach umieściłem dwa zestawy o gramaturze 0,5 i 1,0 grama. Całość uzupełniał lateksowy amortyzator Sensasa o średnicy 0,8mm. Wszystkie zestawy były zbudowane dokładnie tak samo, jak te które używam na Szymanowicach, poczynając od żyłki głównej 0,12mm, aż po sam haczyk Milo R113 nr20!

 

Założyłem, że sesja treningowa potrwa nieco krócej niż zawody - miałem dosłownie 3h na powtarzalne i bezbłędne odławianie płoci. Szybki wyjazd wędką, branie i ryba ląduje w dłoni. I tak do znudzenia. Niezwykle istotne było wyrobienie odpowiednich nawyków. Zwracałem uwagę na szybkość jeżdżenia wędką po rolkach, na wyhaczanie ryb i samo zacięcie. Wiedziałem, że na Szymanowicach wszystko będzie wyglądało bardzo podobnie i jeśli złapię odpowiedni rytm, zyskam bezcenne sekundy, które przełożą się na punkty. Podczas treningu największą wagę przyłożyłem jednak do napięcia amortyzatora. 

 

 

Gumy do szybkościowego łowienia muszą być dopięte bardzo prezcycyjnie. Ja zakładam, że przy średniej wielkości rybie podczas holu nie powinno wyjeżdżać więcej (ani mniej) niż 60-80 cm. Jeśli guma rozciąga się na ponad metr, będziemy bawić się z rybą zbyt długo i stracimy czas. Jeśli będzie wychodziło mniej niż pół metra, sporo z nich możemy stracić. 

 

 

Wyjazd na trening zaowocował także nawykiem podbierania większych sztuk (nawet takich nieprzekraczających 100 gram). Ryby tej wielkości trafiają się rzadko, ale warto poświęcić 2-3 sekundy więcej na płoć, która waży trzy razy więcej niż przeciętna rybka łowiona obecnie na Szymanowicach.

 

Amo w skali makro

 

Podczas Tubertini Cup zamierzałem powtórzyć łowienie z Amo. Większość elementów chciałem dosłownie skopiować. No może z wyjątkiem zanęty, której ze względu na okoliczności zabrałem zdecydowanie więcej. 6 litrów zanęty Sensas Gardons i 12 kg gliny rzecznej Górka pomieszanej z ziemią torfową to standard na tutejszą wodę. Do tego dodałem litr jokersa i pół litra parzonej pinki. Zanętę przygotowałem dzień wcześniej, po to by stała się jeszcze bardziej kleista oraz po to by całkowicie pozbawić ją pracy. To co odróżniało mnie od taktyki z treningu to także ilość rozłożonych zestawów. W piątek nie miałem na to czasu. Tym razem zdublowałem spławiki i nie obawiałem się ewentualnych splątań.

 

 

 

W sobotni poranek na starcie stanęło 48 zawodników. Już w piątek, przeprowadzając trening, wiedziałem, że liczba zawodników nie pozwoli na "dojechanie" do głębokiej wody. Byłem zatem pewny, że czeka nas łowienie na płytkiej lub średniej wodzie. Ja wylosowałem płytki sektor A. To dobre miejsce na wygranie zawodów. Obawiałem się tylko jednego - załamania pogody, którego szczyt przypadał właśnie na dzień rozgrywania zawodów.

 

Jeśli pogoda miała się zepsuć dotyczyłoby to jednak wszystkich, dlatego zaryzykowałem i wrzuciłem do wody prawie całą przygotowaną mieszankę i robaki. Lubię kusić los, bo wiem, że tylko wtedy mam szanse na wygraną. Po nęceniu ryby od razu zameldowały się w moim łowisku. Ale niestety - były bardzo małe. Wiedziałem, że aby liczyć się w stawce, trzeba będzie łowić bardzo szybko albo liczyć na przypadkowe bonusy. Podczas łowienia zauważyłem prawidłowość, którą zaobserwowałem także na Amo - małe ryby źle zacinały się przy przegruntowanym zestawie. Szybko wjechałem z gruntem nad dno. Szybka korekta była opłacalna - łowiłem więcej drobnych ryb niż konkurenci i praktycznie w ogóle ich nie spinałem. Wszystko szło zgodnie z planem, do momentu, gdy zasiędzi zaczęli odławiać wspomniane bonusy...

 

 

Duże ryby kręciły się w okolicy. Zaryzykowałem i chwyciłem najcięższy zestaw, z większym haczykiem. Założyłem też większą przynętę i rozpocząłęm polowanie na leszcza lub karasia. Dodatkowo starałem się podawać w łowisko większą porcję robaków w postaci jokersa, casterów oraz parzaków. Niestety, tym razem ta taktyka nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Nie złowiłem bonusa, nieco straciłem na tempie odławiania średnich ryb i jak się okazało straciłem szansę na wygraną. Było jednak wiadome, że samymi płotkami nie będę w stanie nadrobić straty do zawodników, którzy odławiali leszcze.

 

Podsumowanie

 

Niecałe 5kg ryb dało mi finalnie 4. miejsce w sektorze. Nie jest źle, ale niedosyt pozostał. Zabrakło jednego lub dwóch bonusów do tego, aby powalczyć o pierwsze miejsce. Wiem jednak że nie zawsze się wygrywa. Ważne dla mnie jest to, że czułem się dobrze przygotowany do łowienia o wiem że zrobiłęm wszystko co w mojej mocy, by wygrać te zawody. 

 

 

Była to niestety ostatnia impreza z cyklu Tubertini Cup. Szkoda! Zmagania pod czarno-żółtym szyldem organizowane przez Grzegorza Badawikę to gwarancja świetnej atmosfery i wysokiego poziomu. Zwyciezcą ostatnich zawodów (w pełni zasłużenie) został Stanisław Skorzynski z Teamu Sensas. Staszek doskonale wykorzystał otwierające stanowisko i złowił ponad 6kg płoci. 

 

Dodał: ŁK:

Zdjęcia: sport-fishing