Trening na Warcie przed finałem Sensas Challenge

Na kilkanaście dni przed Pucharem Wielkopolski i niespełna miesiąc przed finałem Sensasa postanowiliśmy sprawdzić co słychać nad Wartą. Do Poznania nie pojechaliśmy jednak sami. Nad jedną z najsłynniejszych i najrybniejszych polskich rzek zabrał nas Krzysiek Kałużny z MatchPro.

 

O łowieniu nad Wartą przeczytaliśmy niezliczone ilości artykułów, ale tak na dobrą sprawę jeszcze nigdy nie było nam dane tam wędkować. Dlatego, gdy Krzysiek napisał do nas, że zamiast ponownego treningu na Kluczach tym razem pojedziemy do stolicy Wielkopolski, nie zastanawialiśmy się ani chwili. Naszą sesję postanowiliśmy rozciągnąć na dwa dni. Pierwszego dnia mieliśmy wędkować przy moście św. Rocha, a drugiego pod Katedrą.

SOBOTA - most św. Rocha

 

Taktyka na rzeczny weekend była bardzo prosta. Przygotowaliśmy dużo gliny, zanęty, kleju i mięska. Warto jednak zaznaczyć, że sierpniowa Warta w niczym nie przypominała rzeki, którą znaliśmy z opisów. Wszystko przez bardzo niski stan wody, który dotknął tego lata wszystkie wody płynące w Polsce.

Zamiast spodziewanego 15-20 gramowego uciągu zastaliśmy rzekę płytką i stosunkowo wolną. Nie zapominajmy jednak, że takie same warunki czekają uczestników wrześniowych zawodów!

Pomimo pozornie wolnego nurtu Krzysiek podszedł do treningu bezkompromisowo. Przygotował 12 litrów gliny rzecznej i 8 litrów zanęty, na którą składały się mieszanki Mincio i VIP River. Do zanęty powędrował jeszcze Brasem i kolorowe pieczywo. Całość przemieszana wiertarką i odpowiednio dowilżona była już na tyle tęga, że teoretycznie nadawała się do nęcenia, ale… brakowało jeszcze dwóch kluczowych składników.

Pierwszym był klej, którego na Wartę Krzysiek nie żałuje. W normalnych warunkach na taką ilość mieszanki zużyłby co najmniej kilogram bentonitu. Tym razem do kotła powędrowała połowa opakowania (dodawana sukcesywnie wraz z kolejnymi lepionymi kulami). Drugim składnikiem, a raczej składnikami było mięsko. Zdaniem Krzyśka na Wartę kluczowe są dwa rodzaje robaków – topione/parzone białe robaki i cięte gnojaki. Bez jokersa można się obyć (ewentualnie dodać ćwiartkę lub pół litra do pierwszych kul).

Kolejną ważną kwestią była wielkość lepionych kul. Gospodarz wyprawy przypomniał nam rzecz niby oczywistą, jednak wielu zawodników notorycznie o niej zapomina. Mianowicie – na rzekę o równym i silnym nurcie kule muszą być możliwie jak największe i nie mogą być okrągłe. Najlepszy kształt przypomina klasycznego, domowego kotleta mielonego, z tym że jest od niego znacznie większy i cięższy. Krzysiek z 15 litrów mieszanki wylepiał ok. 11-12 kul.

 

Cała procedura nęcenia na Warcie była prosta. Na start do wody trafiło wspomniane 15 litrów, a 5 litrów zostało na donęcanie. W Poznaniu trzeba się bowiem szczególnie przygotować na momenty, w których albo trzeba donęcać regularnie albo trzeba donęcić jednorazowo, ale bardzo obficie.

 

Samo łowienie było stosunkowo proste, ale bez odpowiedniej konsekwencji i koncentracji trudno wyłapać bardzo istotny na Warcie dobry rytm. W sytuacji gdy łowi się 15kg ryb na turę decydują niuanse – szybszy hol, mała ilość spięć, czy wyjęcie bonusa.

 

Według Krzyśka recepta na to jest jedna – bardzo mocny zestaw i puste gumy. Dzięki pustym amortyzatorom w przedziale 1,5-1,8mm, krąpie praktycznie nie spadały z haczyka (numer 16 Milo  Morgan). Jednocześnie pusta guma daje odpowiedni zapas mocy w przypadku brania dużej ryby. 

 

Swoje zestawy na Poznań Krzysiek budował na żyłce 0,16-0,18mm ze spławikiem Milo Heart.

 

 

W sobotę duże ryby niestety omijały nas szerokim łukiem. Krzysiek miał na kiju jednego ponadkilogramowego leszcza, ale ryba spadła z haczyka tuż przed podebraniem (jak na ironię była to jedyna spięta ryba tego dnia!).

Tego dnia łowisko przy moście Rocha odwiedzili także inni klubowicze z MatchPro. Osiągneli przy tym bardzo dobre wyniki, sięgające nawet 20 kg!

W ciągu 5h Krzysiek łowił dość regularnie, jednak po drodze zdarzyło się kilka dłuższych przestojów. Ryby wracały jednak po donęceniu, które także należało robić z głową. Gdy ryby całkowicie odchodziły z łowiska potrzebny był plusk – kula z ręki lub wysoko z kubka. Gdy brania lekko się pogarszały, ale ryby były w łowisku (puste zacięcia, wyssane robaki) należało donęcić z kubka możliwie cicho.

 

Efektem kilkugodzinnego treningu przy moście św. Rocha było kilkanaście kilogramów krąpi (trafiły się także pojedyncze klenie i jazie). Dominowały ryby w przedziale 100-200 gram. Tego dnia najlepiej z naszej trójki połowił Krzysiek, który w drugiej części dnia zaczął nadrabiać dystans stracony na początku sesji.

 

NIEDZIELA - Katedra

 

Niedzielna sesja pod katedrą była ukłonem dla zawodników, którzy chcą wiedzieć co w trawie piszczy przed Pucharem Wielkopolski.

 

Dla nas ten odcinek z perspektywy czasu wydaje się zdecydowanie rybniejszy, równiejszy i po prostu ciekawszy. Woda płynie tu nieco szybciej. Najlepiej sprawdzały się dyski w przedziale od 6 do 10 gramów (ale swobodnie można pływać cięższymi). Przy moście Rocha łowiliśmy nawet 3-gramowymi listkami.

 

Na ten dzień mieliśmy znacznie lepiej przygotowaną mieszankę, którą nawilżyliśmy tak jak należy – wieczorem w przeddzień wyjazdu. Dzięki temu miała zdecydowanie lepszą kleistość, mniej pracowała i smużyła bliżej dna (dzięki czemu uniknęliśmy uklei, które mocno przeszkadzały w sobotę).

Każdy z nas na swoim stanowisku znalazł ciekawy fragment dna, na którym chciał zatrzymać wrzucone kule. Okazało się jednak, że w pierwszych trzech godzinach łowienia nie miało to większego znaczenia. Pod katedrą ryb jest tak dużo, że nawet nie najlepiej poprowadzony zestaw po 2-3 sekundach znikał pod wodą. Prowadzenie zestawu miało jednak znaczenie jeśli chodzi o wielkość łowionych ryb. Większe krąpie reagowały na przytrzymanie i zdecydowanie preferowały wolniejszy spływ cięższym spławikiem.

 

Selekcja okazywała się tego dnia kluczowa. 30-50 gram na jednej rybie w czasie 4h tury może przełożyć się nawet na kilka kilogramów!

 

Problemy zaczynały się po upływie kilku godzin, gdy zanęta na dobre zaczynała się rozmywać. Wtedy ponownie przypominało o sobie mądre i regularne donęcanie, które natychmiast przywracało ryby w łowisko. Na haczyku najlepiej sprawdzały się 2-3 białe robaki. Na pojedynczego robaka brania były równie częste i równie pewne, ale trafiało się więcej małych i średnich krąpi.

 

Niestety podobnie jak w sobotę, Warta poskąpiła nam większych ryb. Jedynego leszcza wyprawy, który był godny nazwania leszczem złowił Krzysiek. Ryba wzięła na białe robaki, poprowadzone na lekkim 6-gramowym zestawie.

 

 

Na zakończenie sesji w naszych siatkach było ok. 20-25 kilogramów ryb. Jak na polskie realia wynik naprawdę przyzwoity. I dziś wiemy jedno – uczestników wrześniowych zawodów na Warcie czeka naprawdę znakomita zabawa. Ryb jest bardzo dużo i tylko kataklizm mógłby sprawić, że nie padną pięciocyfrowe wyniki. A jak będzie przekonamy się już za kilkanaście dni.

 

Dodał: DF