Taktyka vabank kluczem do sukcesu

Kanał Żerański to łowisko słynące z łowienia małych, często słabo żerujących rybek. Niejednokrotnie uważane jest za pustynię, na której nie da się zrobić dobrego wyniku. Nic bardziej mylnego. Aby jednak odnieść sukces trzeba tutaj postawić wszystko na jedną kartę. 

 

Tak też postanowiłem zrobić na zawodach z cyklu Tubertini Sport-Fishing. Moim celem były leszcze, a raczej - leszczyki. Ryby w zakresie 100 do 500 gram to na Żerańskim bardzo pożądany budulec wagi. Jak chciałem je zwabić i przede wszystkim - zatrzymać?

 

Prostota w każdym calu

 

Łowienie podzieliłem na 2 opcje. Pierwsza z nich to 13-metrowa tyczka z zestawami od 0,6 do 1,5 grama pozwalającymi łowić zarówno na luźną przepływankę, jak i z przytrzymania. Zestawy zbudowałem na solidnej żyłce głównej 0,12mm z przyponem 0,10mm i  hakami numer 18 i 20. Na tą długość przygotowałem 6 litrów mieszanki jasnej gliny argille "Górka" w kolorze żółtym i zanęty Sensas Lake w stosunku 1 do 8. Do zawartości kotła dodałem 250 ml jokersa i garść kasterów, co stanowiło dobrą bazę dla przypływających leszczy. Przyglądając się zawartościom kotłów konkurentów zauważyłem, że zdecydowana większość z nich stawia na stonowane, ciemne mieszanki. Wiedziałem zatem, że moje posunięcie jest bardzo ryzykowne, ale jak mówią... kto nie ryzykuje, nie pije szampana!

 

 

Drugą linią była 11-metrowa tyczka. W tym przypadku zastosowałem zdecydowanie lżejsze zestawy - między 0,4 a 0,8 grama. W tym wariancie odchudziłem także żyłki przyponowe i zmniejszyłem rozmiar haczyka - do numeru 22. Zanęta użyta w tej linii miała zupełnie inne zadanie, dlatego jej skład też był inny. Wykorzystałem 4 litry ziemii torfowej Górka oraz 1 litr zanęty Lake Sensas. Czarną mieszanką chciałem zwabić mniejsze ryby, pozwalające na pewne punkty w przypadku niechęci do współpracy ze strony leszczy. Do tego miksu dodałem trochę mniej jokersa - 200 ml. Różnicą między tymi mieszankami była ich praca. 

 

Losowanie to połowa sukcesu

 

Szczęście uśmiechnęło się do mnie na samym początku, bo wylosowałem zamykające stanowisko. Jadąc na nie stwierdziłem, że uśmiech losu trzeba wykorzystać. Do swoich założeń dodałem odrobinę gratisów. Nieco zwiększyłem ilość kastera w mieszance, a do kulek podawanych z kubka zanętowego dodałem grubą ochotkę haczykową. Jeśli leszcze będą - muszę je przecież czymś zatrzymać! W takiej sytuacji nieoceniony jest gnojak, którego niestety miałem bardzo niewiele.

 

Z gnojakiem czy bez niego - zaczeło się. Na początku wyjechałem jedenastką i bardzo szybko odłowiłem 3 płotki. Sprawdził się grunt ustawiony na styku z dnem. Niestety po tych rybach woda zamarła. Widziałem delikatne brania, ale nie mogłem ich zaciąć. Postanowiłem doważyć spławik tak, aby wystawał z wody sam czubek antenki - dokładnie 2-3 mm i wyjechałem trzynastką. To był strzał w dziesiątkę. Wreszcie dostrzegałem minimalne przytopienia. Wkrótce po korekcie złowiłem 100 gramowego leszczyka. Po nim 2 kolejne i wreszcie jest! Prawie półkilogramowy "tłuścioch". Po nim wyjąłem jeszcze jednego podobnej wielkości. Po tych rybach brania zaczęły słabnąć, a ja skakałem między liniami, donęcając za każdym razem każdą z nich.

 

 

Praca, praca i jeszcze raz... donęcanie

 

Te zabiegi opłaciły się. Z każdej z linii odławiałem pojedyncze małe rybki, bardzo dużo pracując gruntem - raz na styku, a raz po dnie. Każda z ryb była wypracowana w inny sposób. Niestety po 2,5 godzinie ryby zupełnie odeszły i przez 40 minut nerwowo próbowałem odłowić cokolwiek. Na moje szczęście brania ustały wszystkim zawodnikom. W międzyczasie cały czas intensywnie donęcałem 13 metr jasną gliną z jokersem i grubą ochotką. Było warto, bowiem leszczowe łowisko wreszcie ożyło. Do końca łowiłem w nim leszczyki na przegruntowany zestaw, który pokazywał lekkie przytopienie, a po nim wystawienie anteny. Kilka leszcze niestety spadło, w tym jeden większy od pozostałych, ale nie można przecież mieć wszystkiego. Najlepszą przynętą tego dnia okazała się ochotka w ilości jednej lub dwóch sztuk. To właśnie na nią złowiłem wszystkie ryby.

 

 

Wreszcie koniec. Ważenie - 5530 gram na moim koncie i wygrana w zawodach. Ryzyko nie poszło na marne. Zdawałem sobie sprawę, że rzucając jasny towar minimalizuje swoje szanse na odławianie teoretycznie pewniejszych małych ryb. Rosło jednak prawdopodobieństwo złowienia leszcza lub innego bonusa... Tym razem taka "wyliczanka" była skuteczna.

 

Sama impreza, w której brałem udział była porządznie zorganizowana i połączona z prezentacją nowej wędki Tubertinii Evola Next. Wszystkiego dopełniły fajne nagrody, co skłania mnie do tego, aby pojawić się jeszcze na zawodach organizowanych w Hermanowicach i Szymanowicach. Do zobaczenia!

 

Dodał: ŁK

Zdjęcia: ŁK