Recepta na listopadowe leszcze

 
Listopadowe wypady nad Kanał Żerański kiedyś kojarzyły mi się ze stadami potężnych płoci. Dziś ryby te rzadziej odwiedzają firmowe łowisko Mazowsza. Ich miejsce zajęły wszędobylskie leszcze, które jesienią uwielbiam łowić na lekkiego stopa. Taka forma łowienia wymaga od nas elastyczności i ciągłej czujności. Ryby o tej porze mogą żerować bardzo krótko i moment nieuwagi sprawi, że z łowiska wrócimy rozczarowani.
 
Klasyka sprawdza się świetnie
 
Do kosza pakuję zaledwie kilka zestawów. Przydadzą mi się tylko te cięższe modele, dlatego stawiam na gramturę od 1 do 2 gramów. Asekuracyjnie, gdyby kanał płynął zabieram 2-3 sztuki kilkugramowych dysków. Zestawy na jesienne leszcze buduję na żyłce 0,12 mm. Od lat przekonuję się, że grubość głównej nie robi tutaj większej różnicy, o ile zachowamy zdrowy rozsądek. Taka żyłka znacznie lepiej pasuje do stopa, jest stabilniejsza, rzadziej się plącze i szybciej łapie pion.
 
Jeśli chodzi o kształt, skupiam się przede wszystkim na tym, aby korpus był dość pękaty. Przy łowieniu stacjonarnym i przytrzymywaniu zestawu nie sprawdzają się smukłe spławiki typu dik lub typowe płociowe ołówki. Ja preferuję modele Lorpio Sensitive River i Sensas Jean Francois - moim zdaniem na lekkiego, kanałowego stopa to spławiki wręcz idealne. Oba modele mają metalowy kil, bardzo delikatne, szklane anteny i wysoką jakość wykonania. Od dwóch sezonów przy gramaturach cięższych niż 1 gram, stawiam prawie wyłącznie na model Lorpio, który w mojej opinii spełnia wszystkie kryteria doskonałe spławika do przytrzymania i stopa w wolno płynących łowiskach. Niektórzy do kanałowego stopa wykorzystują "mini liście" - mi ten sposób się nie sprawdzał.
 
Obciążenie główne do jesiennego stopa także jest bardzo proste. Przy spławikach do stopa od 1 grama, zawsze używam oliwek, które od dołu podpieram 3 małymi śrucinami (nr 10-11), a od góry jedną w takim samym rozmiarze. Obciążenie główne na starcie umieszczam wysoko, około 50 cm nad przyponem. Poniżej dokładam jeszcze 4 śruciny, które podczas opadania w ostatniej fazie tworzą wachlarz (w naszej gwarze nazywany popularnie "łapadłem"). Pierwszą śrucinę umieszczam 5 cm pod głównym, drugą 15, trzecią 30, a 50 cm od głównegu ustawiam sygnał (wszystkie 4 śruciny wachlarzowe muszą być identycznej wielkości). Naturalnie wszystko robię na oko, nie używam linijki - chodzi o zachowanie pewnych proporcji podczas opadu, a nie o matematyczne wyliczenia.
 
Jeszcze kilka lat temu upierałbym się, że kanałowe łowienie na stopa wymaga użycia długich 25-30 centymetrowych przyponów. Dziś łowię na 15-stki i mam zauważalnie więcej brań. Przy leniwym, czy wręcz śladowym uciągu dla leszczy w mojej opinii nie ma to znaczenia, a krótki przypon pozwala na lepszą sygnalizację delikatnych brań. A haczyki? Mocne, ale stosunkowo cienkie. Lubię haki Drennana - Red Bream i Red Maggot, ale dobrze łowiło mi się także na model Sensasa 3010 Black. Będziemy używali wielkości 16-20 - inne nie będą potrzebne. Wiążę je na dwóch średnicach żyłek - 0,08 i 0,10. Cieńszych nie używam, a grubsze nie będą nam potrzebne. Na 10-stce z powodzeniem wyjmiemy nawet 2-kilogramowego leszcza lub połowę mniejszego lina lub karpia.
 
Ostatni element zestawu to amortyzator. Uważam, że akurat przy leszczach warto zastosować gumę w trzech elementach topu. Osobiście stawiam na latex 0,9-1,0mm lub klasyczną gumę 0,8-0,9mm. Amortyzator musi być dobrze nasmarowany i dobrany do przeciętnej wielkości łowionych ryb. Przy leszczach staram się wyregulować go w taki sposób, aby podczas cofania wyjeżdżało więcej gumy niż przy analogicznym doborze w łowieniu płotek. 100-150 centymetrów daje odpowiedni balans i jednocześnie zapewnia kontrolę nad rybą. Jeśli gumy wyjeżdża więcej, warto nieco ją napiąć. W innym przypadku zabawa z leszczem zacznie się niepotrzebnie przedłużać. Pamiętajmy jednak, że lepiej za luźno, niż zbyt sztywno. Podczas zawodów utrata leszcza będzie kosztować nas znacznie więcej niż spięcie płotki lub krąpia, a na to warto wygospodarować kilka lub kilkanaście sekund więcej.
 
Ubogo i oszczędnie, ale z głową
 
Zestawy gotowe. Na starcie wszystkie delikatnie przegruntowuję i biorę się za przygotowanie zanęty. Większość roboty wykonuję jeszcze wieczorem dnia poprzedniego. Jeśli nie spodziewam się uciągu większego niż 2 gramy szykuję mieszankę gliny i ziemi, którą dwukrotnie przecieram na najdrobniejszym sicie. Do kotła trafia paczka gliny wiążącej, paczka gliny Argile i paczka Ziemi Bełchatowskiej. To mój kanałowy standard, który z powodzeniem stosuję także na innych łowiskach prawie przez cały rok. 6 kilogramów daje około 8-9 litrów dobrze przetartej mieszanki.
 
Po lekkim dowilżeniu całość ponownie przecieram na najdrobniejszym sicie i dodaję do niej 1/3 kilograma zanęty. Wszystko podam w jednej masie, a zależy mi na tym, aby miks dobrze wymieszał się i "przeszedł" zapachem zanęty. Otrzymuję w ten sposób intensywną, ale bardzo ubogą mieszankę. Sprawdźcie sami, jak mocno będzie pachniała glina przyprawiona dzień wcześniej typową zanętą leszczową. Tutaj pojawia się pytanie - jaką zanętą? Nie ma to większego znaczenia. Doskonały jest Leszcz Bruda, lubię także Lorpio Bream i Sensasa Lake. Wszystkie sprawdzają się równie dobrze. Ważniejsze są proporcje i sposób przygotowania. Jako przynęty do łowienia wybieram ochotkę i pinkę. Gnojak o tej porze sprawdza się słabo, lepszy byłby kaster, jednak przy spontanicznym treningu o niego niełatwo. Do nęcenia szykuję parzoną pinkę i jokersa (staram się wybierać jokersa rosyjskiego).
 
 
Po dodaniu zanęty uzyskałem około 10 litrów mieszanki. Odsypuję 2 litry od całości i dodaję do nich około 200 ml lianta collera, lekko dowilżając całość za pomocą atomizera. Otrzymaną mocno spoistą mieszankę wzbogacam 1/4 litra jokersa i garstką parzonej pinki (jeśli mamy kastera to także dodajemy dużą garstkę). Ten towar podam za pomocą kubka zanętowego w jeden punkt, zostawiając także część na donęcanie. Do reszty dodaję pozostałą część jokersa i resztę pinki. Wylepione kule z podstawowej mieszanki podam ręką. Nie szykuję różnych wariantów dowilżenia czy doklejenia - staram się przygotować towar, który zacznie powoli i stopniowo uwalniać robaczki. Zanęta pełni z kolei tylko i wyłącznie rolę zapachową. Jest jej niezwykle mało i praktycznie nie wpływa na pracę mieszanki.
 
Nad wodą szukam miejsca lekko osłoniętego od wiatru. Podczas łowienia na stopa będzie to stosunkowo ważne, tym bardziej, że zamierzam łowić pełną 13-metrową wędką. Rozkładam 2 topy do łowienia, jeden top do kubka i organizuję stanowisko. Nie zapominam o dobrym wyprofilowaniu balkonu i sprawdzeniu wszystkich docisków. 
 
Po wrzuceniu kul w łowisko biorę łyk ciepłej herbaty, porządkuję stanowisko i zakładam na hak kilka ochotek. Jeśli woda płynie zestaw wstawiam lekko powyżej nęconego miejsca, tak aby ustawiał się bezpośrednio nad kulami. Staram się przytrzymywać zestaw przed opuszczeniem przynęty na dno (tak jak w ostatniej fazie zwalnia winda). Trzymam spławik około 15-20 centymetrów nad powierzchnią, po czym delikatnie opuszczam całość, aż do momentu zetknięcia się anteny z wodą. Jeśli warunki pozwalają i woda stoi lub płynie wyłącznie górą, zestaw wrzucam do wody wachlarzem tak, aby opadał w postaci łuku. Przy uciągu tego typu wariant kompletnie się nie sprawdza, a zestaw często ulega splątaniu.
 
Ostroźnie z donęcaniem
 
Pierwsze brania leszczy zazwyczaj następują po kilkudziesięciu minutach. Sporadycznie trafiamy na dobre żerowanie zaraz po wrzuceniu kul. Warto sprawdzać łowisko na metr, do dwóch od miejsca nęcenia. Większe ryby często ustawiają się nieco z boku, oczekując aż młodzież się wyszaleje, po czym w odpowiednim momencie same dołączają do stołówki. Warto także, zwłaszcza na początku dobierać selektywnie przynętę. 5-6 ochotek, 2-3 pinki lub tyle samo kasterów potrafią sprawić sporo problemów krąpiom i płociom, co skrzętnie wykorzystuję większe ryby. Jeśli leszcze wejdą już w łowisko możemy to zauważyć na dwa sposoby. Pierwszym będą drobne sznurki bąbelków na wysokości nęconego miejsca. Przy zgaszonej zanęcie prawie na pewno będzie to znak świadczący o obecności leszczyków lub innych dużych ryb, żerujących przy dnie. Drugi znak to nagły zanik brań małej i średniej ryby, bez wyraźniej przyczyny. Mam tutaj na myśli totalne odcięcie żerowania po okresie regularnego odławiania. Stopniowe zanikanie brań może świadczyć o kończących się smakołykach lub zmianie obiektu zainteresowania drobnicy.
 

Staramy się tak dobrać nęcenie główne, aby nie było konieczności zbyt częstego wyjeżdżania kubkiem w trakcie łowienia. Małe ryby najwięcej problemów będa miały z dobrze sklejonym jokersem podanym kubkiem. Ten przysmak czeka właśnie na leszcze. Warto także kombinować i samemu poszukać większych sztuk w łowisku. Raz na jakiś czas można zdecydowanie zmienić grunt, kładąc np. śrucinę sygnalizacyjną na dnie lub podnosząc zestaw kilkanaście centymetrów nad dno. Mitem jest bowiem przekonanie, że podczas łowienia leszczy sprawdza się wyłącznie uparte i bierne oczekiwanie na branie. Faktycznie leszcze nie lubią gdy przynęta non stop podryguje lub tańczy niesiony nurtem, jednak delikatne podnoszenie zestaw raz na kilkanaście sekund bądź subtelne przesunięcia po dnie, bardzo często kończą się braniem - właśnie leszcza. Po zacięciu "nie ważymy" ryby, co wciąż jest domeną wielu spotykanych nad wodą zawodników. Wędkę od razu delikatnie, ale jednostajnie wycofujemy na rolkach, oglądając się na gumę. Jeśli nie wyjeżdża w ekspresowym tempie w kierunku drugiego brzegu, cofamy kij aż do topu i czekamy na ustawienie się ryby.
 
Po odpięciu topu i próbie podciągnięcia leszcze w łowisku poczujemy charakterystyczne pulsowanie, co w praktyce oznacza potrząsanie łbem. To zły moment na wykonywanie gwałtownych ruchów. Przeczekujemy zatem fazę drgań z nisko opuszczonym topem. Gdy ryba się wyszaleje (co zazwyczaj trwa kilka sekund), sprowadzam ją pod "nogi" podobnie jak na rzece, ustawiając kij równolegle do brzegu. Następnie zdecydowanie, ale z wyczuciem podnosimy top do góry. Taki ruch dezorientuje rybę - jeśli wykonamy go prawidłowo leszcz wypłynie na powierzchnię i bezwiednie będzie czekał na podebranie. Przestrzelenie pierwszej próby podebrania może się jednak źle skończyć. Leszcz zaraz po przebudzeniu z zaskakującego manewru potrafi bardzo gwałtownie odbić w wodę lub zrobić "bałwanka", co często kończy się wypięciem i utratą ryby. W przypadku gdy zdarzy nam się spięcie lub urwanie ryby, natychmiast wycofujemy kij i donęcamy 2-3 niewielkimi kulkami mieszanki, nie dbając przy tym o ciszę. Ryby być może "kupią" taki trik i hałas połączony z zamieszaniem powiążą z wpadającym pokarmem, zostając tym samym w łowisku.
 
 
Ostatni dzwonek...
 
Leszcze, zwłaszcza te średnie, na Kanale Żerańskim najczęściej żerują stadami, dlatego złowienie pierwszej sztuki zazwyczaj jest tylko rozpoczęciem koncertu. Musimy ten moment wykorzystać, zwłaszcza, że o tej porze roku okres dobrego żerowania nie trwa długo. Nie warto zatem zrywać się o 3 czy 4 w nocy, bowiem poranne godziny prawdopodobnie i tak okażą się niezbyt owocne. W listopadzie ryby rozkręcają się wraz z upływem dnia i wzrostem temperatury, dlatego najlepszych brań możemy oczekiwać po południu i tuż przed zmierzchem. Jesienne ryby są w znakomitej kondycji, a ich walka w klarownej wodzie wygląda naprawdę wybornie. Nawet leszcze, które nie słyną ze zbytniej aktywności, podczas holu wielokrotnie koziołkują i zrywają się do ucieczki, co przeczy wszechobecnym stereotypom. Cieszmy się końcówką sezonu i korzystajmy z niej w pełni, bowiem lada moment wodę skuje lód i na pierwszą zasiadkę z długą wędką będziemy musieli czekać do wiosny. I aby do wiosny...!
 
Tekst: DF
Fot: Paweł Smyk i Archiwum