Milo Colombo w Polsce! Wywiad i relacja z Konina

 

Pamiętam, jak kilkanaście lat temu z wypiekami na twarzy śledziłem w czasopismach wędkarskich relacje z zawodów Scandinavian Masters. W przeddzień tej legendarnej imprezy swoje zawody w Szwecji organizował Milo Colombo. Wtedy postać nieosiągalna, którą stawiałem w jednym rzędzie z Nuddem, Scotthornem czy da Silvą. W marcu poznałem Milo osobiście, wypiłem z nim piwo i wylosowałem stanowisko obok w czasie zawodów. To było naprawdę niesamowite przeżycie.

 

Z nie mniejszymi wypiekami na twarzy w sobotę rano jechałem do Konina. Kilka dni wcześniej bez wahania przyjąłem zaproszenie Krzyśka Kałużnego do wzięcia udziału w zawodach klubowych Milo. Miałem świetną okazję do treningu i spokojnej obserwacji mistrza w akcji.

 

Puchar klubu Milo

 

W pierwszym kontakcie Włoch od razu skraca dystans, bije od niego serdecznością. Pyta o samopoczucie, na każdym kroku podkreślając jak bardzo cieszy się z przyjazdu do Polski. Jednocześnie chłonie wiedzę, pyta o najmniejszy szczegół. Interesuje go dosłownie wszystko, od rybostanu, poprzez mieszanki zanętowe, aż po niuanse w zestawach. Sam równie chętnie opowiada o swoich doświadczeniach.

 

Wreszcie przychodzi czas na losowanie i los rzuca nas obok siebie. Niestety, stanowiska w Koninie przedzielone są gęstymi krzakami. Możliwość podglądania spada do minimum. Przed zawodami oglądam jednak zestawy Milo, które przywiózł ze sobą z Włoch. Resztę pożyczył od Krzyśka Kałużnego. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie dodał włoskiego akcentu. Od razu widać, że do zawodów przygotowuje się inaczej niż polscy zawodnicy. Wszystko robi wolniej, nie spieszy się, nie wykonuje chaotycznych ruchów. Obiera także inną taktykę. Nie stawia na tempo, a przede wszystkim na selekcję. Widzę, że łowi w podobnym tempie jak ja, rzuca i holuje zdecydowanie wolniej.

 

Po trzech godzinach efekt jest jednak piorunujący. Gdy moja waga ledwo przekracza 6 kilogramów, Milo pobiją ją o dwa kilogramy i zostaje mistrzem klubu! Jego ukleje są zdecydowanie największe w stawce.

Jaka była jego tajemnica? Milo przygotował dwie różne konsystencje mieszanki zanętowej. Najpierw nęcił lekko domoczoną zanętą, a później przeszedł na bardzo mocno przemoczoną papkę. Przez całe zawody łowił głęboko – na ok. 90-100 cm. Znacznie głębiej niż pozostali (50-70 cm). Po zawodach poprosił o dodatkową godzinę, w której chciał sprawdzić kilka drobiazgów przed niedzielną turą. Gdy inni mieli już dosyć zmagań ze srebrnymi rybkami, Milo sprawiał wrażenie gościa, który byłby w stanie siedzieć nad wodą do wieczora…

 

Ogólnopolskie zawody uklejowe MatchPro

 

Popołudnie upłynęło pod znakiem rozmów i przygotowań do niedzielnej imprezy. Zamiast 7, tym razem 50 zawodników na starcie. Przyjechało też wielu znakomitych uklejarzy, wśród których nie zabrało prawdziwej legendy z rodzimego podwórka – Tomka Iwanowskiego. Równie licznie stawiła się młoda gwardia – z walki o zwycięstwo nie rezygnowali Patrycja Pawlikowska czy Karolina Pieczko.

Jak się później okazało ta druga była bardzo blisko wygrania całych zawodów. Karolina w cuglach wygrała swój sektor (pokonując m.in. mnie i Milo) i ustapiła jedynie Krzyśkowi Kałużnemu, który minimalnie wyprzedził w sektorowym pojedynku Janusza Lange.

Krzysiek, podobnie jak Milo, korzystał z zanęty uklejowej MatchPro, która niebawem wejdzie do oferty sprzedażowej.

Zakończenie zawodów odbyło się w knajpie, przy stołach, dobrym jedzeniu i świetnej atmosferze. Mam nadzieję, że coraz więcej organizatorów będzie obierało taki kierunek wręczania nagród – to wnosi zawody na zupełnie inny poziom, znany nam choćby z angielskich realiów.

Milo musiał bardzo szybko opuścić naszą grupę – spieszył się na samolot do Włoch. Wiedziałem o tym odpowiednio wcześniej, dlatego jeszcze w sobotę poprosiłem mistrza o wywiad. To była naprawdę ciekawa rozmowa. Zapraszam do lektury poniżej. 

 

Wywiad z Milo Colombo

 

Milo, powiedz nam jakie znaczenie z punktu widzenia całego biznesu ma dla Twojej firmy polski rynek?

 

Bardzo duże. Choć nie da się ukryć, że większy potencjał mają tutaj spinning i łowienie karpi. Polski rynek jest ponadto jednym z najszybciej rosnących w Europie. Liczba wędkarzy sięgających po specjalistyczny sprzęt wyczynowy rośnie w tempie znacznie większym niż w Europie Zachodniej, gdzie możemy mówić raczej o stabilnym popycie.

 

Sprzedaż których produktów odpowiada za największą część Waszych przychodów?

 

Nasz największy biznes to zdecydowanie drobne akcesoria. Wśród nich naszą największą chlubą są haczyki.

 

Który model sprzedaje się w Polsce najlepiej?

 

Myślę, że Cię nie zaskoczę – najlepiej schodzi model R305 black. To prawdziwy bestseller, który bije na głowę resztę naszej oferty.

 

R305 to polski fenomen czy równie popularny jest np. we Włoszech?

 

W żadnym innym kraju nie stanowi aż takiej części sprzedaży, ale kupują go wędkarze w całej Europie. Najpopularniejszy jest w Polsce, we Francji i innych krajach, w których łowi się przede wszystkim małą i średnią rybę. Taki haczyk nie sprawdzi się np. w Hiszpanii, gdzie dominują karpie.

 

Co z mocniejszymi modelami? Niech zgadnę... tutaj najlepiej sprzedaje się P132?

 

Dokładnie. Choć równie dużą popularnością cieszy się T143. Sprzedajemy ich więcej, odkąd rośnie popularność łowienia karpi i dużych ryb na rzekach.

 

A których haczyków uklejowych Polacy kupują najwięcej? P125 czy R113?

 

R113 jest bardziej uniwersalny, dlatego ten model sprzedaje się w Polsce lepiej. Poza tym modele P125 i R113 w rozmiarze 18 i niższych sprzedajemy rzadko i Polska jest pod tym względem fenomenem. Na niewielu łowiskach łowi się bowiem 20-30 gramowe ukleje, tak jak np. w Koninie. We Włoszech, gdzie dominują 5-10 gramowe ukleje, zawodnicy kupują przede wszystkim rozmiary 20 i 22.

 

Wiem, że pracujesz nad wprowadzeniem nowego modelu. Zdradzisz nam szczegóły?

 

To prawda. Chcę przygotować czerwoną wersję modelu R305.

 

Kiedy się jej doczekamy?

 

Jest szansa, że pojawi się w ofercie w przyszłym roku.

 

Zawsze mnie to zastanawiało... Ile haczyków rocznie produkuje Wasza firma?

 

Pytasz o paczki czy pojedyncze haki?

 

O pojedyncze haki.

 

Nie powiem co do jednej sztuki, ale jest to około miliona haczyków rocznie. Oczywiście mam na myśli haki, które wychodzą pod brandem Milo.

 

Czyli podsumowując, o dostępność oferty Milo w Polsce w najbliższych latach nie powinniśmy się martwić?

 

Absolutnie nie. Tym bardziej, że moja współpraca z Krzyśkiem Kałużnym jest naprawdę wzorowa. Chciałbym mieć więcej partnerów z takim spojrzeniem na wędkarstwo.

 

To teraz trochę historii. Jak to wszystko się zaczęło?

 

Nie trafiłem do wędkarstwa przez przypadek. Moi rodzice mieli sklep wędkarski, a ja od małego miałem bzika na punkcie kolekcjonowania spławików. Zbierałem różne modele, sprowadzane z różnych krajów. Miałem naprawdę pokaźną kolekcję…

 

A kiedy pasja przerodziła się w biznes?

 

W wieku 20 lat zacząłem importować spławiki z Francji, testowałem je, poznawałem technikalia ich produkcji. To właśnie wtedy postanowiłem otworzyć swoją pierwszą fabrykę.

 

Skąd wziąłeś know-how?

 

To nie było takie proste. Musiałem odbyć wiele podróży do francuskich firm. Poznałem wspaniałych ludzi, którzy nauczyli mnie tego biznesu.

 

Z jakimi firmami współpracowałeś na samym początku?

 

M.in. z firmą Water Queen.

 

O rany, myślałem, że to angielska firma.

 

Nie, nie, firma pochodzi z Francji. Od nich wszystko się zaczęło. Później pojawili się kolejni partnerzy.

 

Co było dalej?

 

Zacząłem rozwijać biznes i wprowadzałem do oferty kolejne produkty. Dość szybko sprowadziłem pierwsze wędki – część z Azji, a część z Francji. Dasz wiarę, że na przełomie lat 70 i 80-tych najdłuższe kije w ofercie miały 5-metrów?

 

Z dzisiejszej perspektywy trudno to sobie wyobrazić.

 

No właśnie. Z rok na rok rozmiarówka się wydłużała, a pod koniec lat 80-tych na rynku było już mnóstwo kilka wędek 8-metrowych. Wtedy mało kto się spodziewał, że kiedykolwiek uda się wyprodukować lekkie i sztywne 13-stki, nie wspominając już o 16-metrów kijach, tak popularnych w Anglii.

 

Przełomem była chyba Wasza współpraca z Reglassem?

 

Zdecydowanie. To wprowadziło nas i nie tylko nas na zupełnie inny poziom.

 

Jaką metodą łowisz najchętniej?

 

Bolonką, bolonką i jeszcze raz bolonką.

 

No tak… macie mnóstwo łowisk, które są wręcz stworzone do tej techniki.

 

To prawda. Mamy wspaniałe rzeki i bardzo żałuję, że na dużych imprezach rzadko jest szansa, by sprawdzić się w tej metodzie.

 

Ale w łowieniu ukleji też jesteś świetny, choć Wasze łowiska z nich nie słyną.

 

Mamy łowiska uklejowe, choć faktycznie nie tak dobre jak Wasze. Ukleje łowi się u nas przede wszystkim na rzekach.

 

W Polsce świetnie poradziłeś sobie na wolno płynącym kanale.

 

Tak, choć nie byłem w 100 procentach zadowolony z mojego łowienia.

 

Jaki jest Twój rekord w łowieniu ukleji?

 

540 sztuk w godzinę.

 

Ile?! Na jakim łowisku i na jaką wędkę?

 

Na 2-metrową uklejówkę na rzece Mincio. Nie były to jednak duże ukleje. Średnia waga oscylowała wokół 4-5 gram.

 

Nam rzeki kojarzą się z dyskami Gutkiewicza. Poznaliście się kiedyś?

 

Pewnie, znamy się od lat. Co ciekawe zanim Edmund wprowadził do oferty swoje dyski, my wpadliśmy na podobne rozwiązanie. Nasz projekt miał jednak kształt flagi. Dziś podobne spławiki produkujemy pod nazwą „heart”. Trzeba jednak podkreślić, że były to dwie zupełnie różne koncepcje.

 

Zdarza Ci się używać produktów innych marek?

 

Raczej nie, choć czasami sięgam po zanęty Bait-Techa.

 

Ale w Koninie wspólnie z Krzyśkiem sprawdzaliście zanęty uklejowe MatchPro, które pojawią się w przyszłorocznej ofercie. Krzysiek wygrał zawody. Ty byłeś wysoko w sektorze, a dzień wcześniej wygrałeś Mistrzostwa Klubu.

 

To prawda. W tej zanęcie nic bym nie zmieniał, choć mam w swoim zwyczaju dodanie jakiegoś atraktora lub dodatku. We Włoszech lubimy kombinować (śmiech).

 

Na koniec opowiedz czytelnikom o swoim rekordzie wagowym z pojedynczej tury. Bo naprawdę robi ogromne wrażenie.

 

Ustanowiłem go podczas Scandinavian Masters kilka lat temu. W ciągu 5 godzin złowiłem 97 kg ryb, głównie płoci.

 

Na bata?

 

Tak na bata, średnia masa ryb oscylowała wokół 200-300 punktów. Ryby łowiło się niemal w tempo, bez korzystania z podbieraka. To było naprawdę ekstremalne łowienie.

 

Rozmawiał DF