Methoda prosta i skuteczna

W ubiegłym roku Tomek Solka na dobre zrezygnował z łowienia małych i średnich ryb, a całą swoją wyczynową uwagę skupił na komercji. Dziś jest już zupełnie innym wędkarzem, który o karpiach wie naprawdę dużo. Postanowiliśmy skorzystać z jego doświadczenia i podpatrzeć jak nasz stary znajomy radzi sobie z popularną „methodą”.

 

Na karpiowy rekonesans nie mieliśmy całego weekendu, dlatego zdecydowaliśmy się pojechać do pobliskiego Ossowa. Tamtejsze stawy obfitują w średniej wielkości karpie, pomiędzy którymi trafiają się prawdziwe torpedy. Tak jak wspomniałem Tomek zdecydował się na łowienie method feederem. Minimum sprzętu sprzyjało napiętemu grafikowi. Nasz kolega chciał pokazać jak szybko i skutecznie można się dobrać do ryb, które jeszcze kilka lat temu potrafiliśmy łowić tylko tyczką lub finezyjną odległościówką. Aby nieco urozmaicić trening Tomek rozłożył dwie wędki. Pierwszy, 3-metrowy kij z cienkim i delikatnym jak na karpiowe realia blankiem, miał posłużyć do łowienia w odległości 25-30 metrów od brzegu.

Druga wędka była o 30 cm dłuższa i zdecydowanie mocniejsza – umożliwiała posyłanie koszyka na 40-50 metr. Z doświadczenia Tomka wynika, że duże ryby w tym łowisku bardzo często żerują z dala od brzegu, a często nawet bezpośrednio pod drugim brzegiem (o ile nie siedzą tam wędkarze). Opieranie taktyki wyłącznie na krótkim i średnim dystansie było zatem ryzykowne.

 

Mocno, ale elastycznie

 

Jeden i drugi zestaw uzupełniły kołowrotki wielkości 3000 z grubą żyłką o średnicy 0,26mm. Tomek uświadomił nam, że stosowanie cieńszych żyłek nie ma racjonalnego uzasadnienia. Zestaw na który łowimy powinien bez większych problemów umożliwić hol 10-kilogramowej ryby. Hol większych sztuk rządzi się już swoimi prawami. Identycznie wyglądały także zestawy końcowe, które prezentowały się w następujący sposób: - Na żyłce znajdował się koszyczek z poprowadzoną wewnątrz gumą amortyzującą. Po co ta guma? Ten „bajer” ma jeszcze bardziej zminimalizować spięcia ryb w trakcie holu.

Przypon skonstruowany jest na żyłce 0,20mm, a uzupełnia go kuty hak z oczkiem numer 14, zawiązany węzłem bez węzła. Na przyponie włosowym umieszczona jest gumka, na którą zakłada się przynętę. Bardzo zaciekawiło mnie to co Tomek zrobił na koniec montażu zestawu. Metr powyżej koszyków zacisnął duży ciężarek typu stil.

Zadaniem tego ciężarka jest zatopienie żyłki. Dzięki temu mamy pewność, że ryby pływające w promieniu jednego metra od naszego karmnika nie będą ocierały się o żyłkę i powodowały fałszywych brań. Dodatkowo dzięki temu łatwiej jest nam zatopić żyłkę od razu po rzucie.

 

Trochę tego i trochę tamtego

 

Nowoczesne, wyczynowe łowienie karpi w Polsce ogranicza się głównie do stosowania pelletu i bogatej w proteiny zanęty. Tomek przygotowuje jedno i drugie, a w trakcie łowienia stara się łączyć taktyki nęcenia. Do pierwszego pojemnika trafia paczka pelletu Sensas carp pellet 2mm. Pellet zalewa wodą, którą odlewa po dwóch minutach. Do drugiego pojemnika wędruje zanęta method&feeder mix, która po wymieszaniu z wodą jest gotowa do użycia. Przecieranie jej na sicie, zdaniem Tomka nie ma większego sensu.

 

Na haczyk bohater naszego tekstu przygotowuje coś extra. Mowa o mini-kulkach o średnicy 6 i 8 milimetra. Ta przynęta według Tomka sprawdza się najlepiej i to nie tylko w Ossowie. Kolory jakie poleca to biały i czerwony z przewagą tego drugiego. Przynętowy plan B na naszą sesje to pellet w identycznym rozmiarze.

 

Ładuj i strzelaj!

 

W zależności od tego co dzieje się w łowisku Tomek stosuje róże sposoby „ładowania” koszyka. W pierwszej części sesji koszyk ładuje pelletem z zanętową posypką. Po dociśnięciu foremki dorzucamy do niej zanętę, po czym kolejny raz odciskamy ją na koszyku. Taki sposób ładowania koszyka sprawi, że po wpadnięciu do wody z karmnika uwolni się mała chmura zanęty (dodatkowy efekt wabiący), a na dnie będą czekały bardziej treściwe ziarenka. W dalszej części sesji i wraz z rozkręcającym się żerowaniem ryb możemy wypełniać koszyk samym pelletem. I na odwrót – gdy ryby żerują gorzej przechodzimy w stronę zanęty. Taka prosta rotacja umożliwia nam szybkie dopasowywanie się do humorów ryb.

 

Tomek nie opiera jednak całej swojej taktyki na nęceniu koszykiem. Przed pierwszym rzutem przygotowuje trzy kulki klejonej zanęty i procę. Po zarzuceniu zestawu błyskawicznie posyła w łowisko sycącą mieszankę. Zanęta ma za zadanie szybko zwabić ryby w miejsce gdzie będzie lądował koszyk. Najłatwiej zrobić to od razu po zarzuceniu zestawu - wtedy naszym markerem są kręgi rozchodzące się po wodzie.

 

Jeden karp = 5 leszczyków

 

Wędka od której zaczął Tomek to dłuższy kij przeznaczony na dalsze odległości. Koszyk załadowany miksem zanęty i pelletu z czerwoną kulką o średnicy sześciu milimetrów powędrował do wody. Na branie czekaliśmy kilkadziesiąt minut. Przekonywałem Tomka, że w tym czasie można by było złowić kilka leszczyków lub niewielkiego karpia. Kolega nie chciał się ze mną zgodzić. W opinii Tomka kluczowe jest wyłapanie momentu, w którym ryby pojawiają się na methodzie, a to nie jest możliwe, gdy "siedzimy" na tyczce i tylko raz na jakiś czas sprawdzamy wędkę z kołowrotkiem. Są oczywiście łowiska, w których brania są bardzo częste i tyczką łowi się po prostu sprawniej. Ostatnie zawody w Ossowie pokazywały jednak, że łowienie na dystansie jest bezkonkurencyjne. I rzeczywiście, po kilku minutach ryba zabiera wędkę z podpórek. Mamy pierwszego karpia, dosłownie dwie minuty po tym, gdy dopadło mnie zniecierpliwienie. Kolejne następuje pięć minut później. Rozkręciło się! Ryby łowione z dalszej odległości ważą około 2-3 kilogramów. To całkiem niezła waga, na którą trzeba złowić 5-6 średnich leszczyków.

 

Po niezłej serii brań Tomek zaczął kombinować z przynętą - jej kolorem i wielkością, a w pewnym momencie zmienił kulkę na 6mm pellet. Co ciekawe – po tej zmianie woda zamarła! Kilkanaście minut bez brania skłania kolegę do powrotu do pierwotnej strategii. Kilka minut później w podbieraku ląduje kolejny karp.

W trzeciej godzinie łowienia zauważyliśmy, że ryby zaczęły spławiać się bliżej brzegu. Koszyk wędruje na odległość niecałych 30 metrów i mamy pierwsza rybę! Nasz mistrz od razu tłumaczy, że mamy do czynienia z nie byle jakim przeciwnikiem. Gdy wreszcie po kilkunastu minutach udało się podebrać największego karpia wyprawy, w podbieraku… pękła siatka. Mieliśmy mnóstwo szczęścia. Zdołaliśmy wymienić obręcz na nową i po raz drugi podebraliśmy amatora kulek. Lustrzeń był w znakomitej kondycji i według naszych szacunków ważył ok. 7-8 kilogramów. Jak się okazało tego dnia duże sztuki wcale nie pływały daleko!

Tym akcentem postanowiliśmy zakończyć sesję z methodą. Przez 5h Tomek złowił równo 30 ryb. Na tym łowisku to naprawdę znakomity wynik, nawet na treningu. Godna uwagi była selekcja – na haczyku nie zameldował się żaden leszcz ani karaś, których w Ossowie nie brakuje. Tomek po raz kolejny pokazał nam, że skuteczność metody opiera się przede wszystkim na prostocie. I takich prostych, efektywnych wypraw Wam życzymy.

 

Tekst i zdjęcia: ŁK

Dodał: DF