Match-This: droga do zwycięstwa!

Kanał Żerański w Aleksandrowie nigdy nie był dla mnie zbyt szczęśliwym łowiskiem. Na tym odcinku nigdy nie potrafiłem dobrać się do płoci i leszczy, a to przed tegorocznym finałem Pucharu Match This nie napawało mnie optymizmem. Wiedziałem jednak, że nie mogę się poddać i muszę znaleźć jakiś sposób na jesienny białoryb...

 

Sytuację komplikował fakt, że tuż przed zawodami nie miałem okazji przeprowadzić treningu. Dlatego oparłem się na zasłyszanych informacjach, które delikatnie mówiąc nie należały do najbardziej dokładnych. Wiedziałem, że w niedawnych zawodach osiągano tu wyniki na poziomie 3000-3500 punktów. Jak na to łowisko to naprawdę niewiele. W siatkach dominowały małe płotki, łowione na 11 metrze. Bonusy nie trafiały się prawie wcale. To było zaskakujące, ponieważ właśnie w tej części kanału ryby gromadzą się na zimę i jesienią zwykle nikt nie narzekał na słabe brania.

Swojej taktyki nie chciałem jednak opierać wyłącznie o szybkościowy połów płoci. Planowałem konsekwetnie poszukać leszczy na 13 metrze, a dodatkowo rozłożyć matchówkę. W ostatnim czasie wędka z kołowrotkiem kilka razy uratowała mi skórę, dlatego i tym razem postanowiłem jej nie lekceważyć.

 

Nęcenie i zestawy - grubiej niż zwykle

 

Do nęcenia przygotowałem 3 paczki gliny double leam, paczkę ziemi torfowej oraz paczkę argili jasnej. Łącznie 5 paczek gliny Górka. Mieszanka zanętowa składała się z zanęt Gros Gradons i Lake Sensasa oraz niewielkiej ilości epiceine i coco belge. W sumie przygotowałem około 3 litrów spożywki. Glina była dość ciężka, ale delikatnie namoczona. Nie kleiła się zbyt mocno, a po dotarciu na dno rozkładała się na nim tworząc dywan. Z kolei obecność Gros Gardonsa, którego w ostatnich latach na Kanale Żerańskim używam dość rzadko, była spowodowana specyfiką łowiska. Wędkarze, którzy łowią tu na codzień, nęcą dość grubo. Ryby przyzwyczajają się do grubszych frakcji i później podczas zawodów z większą ufnością podchodzą tego rodzaju mieszanek. Tak przynajmniej to sobie tłumaczyłem.

 

Przejdźmy do samego nęcenia...

 

Na 11 metr powędrowało do wody 8 kul gliny z zanęta oraz kilka kul jokersa w glinie. Metr 13 to już polowanie na dużą rybę, więc tu w samej glinie znalazły się jokers, kaster oraz kilka grubych ochotek. Natomiast matchówka to 15 kulek mieszanki gliny z zanętą wraz z jokersem i kasterami. Mając tak zanęcone łowisko byłem przygotowany na każdą ewentualność.

 

Technikalia - oliwka zamiast śrucin

 

 

 

Zbierając informacje o rybach jakie znajdują się w łowisku, jak i o samej jego specyfice, postanowiłem odpowiednio dobrać sprzęt. Przede wszystkim wiedziałem, że tym razem w Aleksandrowie dominują małe ryby, dlatego standardowe amortyzatory 0,8mm zamieniłem na 0,7mm. Ta wielkość pozwalała mi skutecznie holować małe płotki, przy jednoczesnym zachowaniu szansy na wyjęcie bonusa w postaci chociażby kilogramowego leszcza. Kolejna rzecz to głębokość łowiska, która przy szybkościowym jest kwestią bardzo wrażliwą. Tym razem zrezygnowałem z zestawów na śrucinach, a zamiast nich przygotowałem zestawy budowane na oliwkach. Dzięki temu moje zestawy szybko opadały na dno, co pozwalało mi w tempo łowić płotki w głębokim łowisku.

 

Ostatnią rzeczą, na którą zwróciłem uwagę były haczyki - zawsze przy szybkim łowieniu małych ryb, takich jak krąp lub płotka, używam haków z długim trzonkiem. Przy czym na Kanale Żerańskim często odstępowałem od tej reguły. Na tutejsze leszcze haki z długim trzonkiem po prostu mi się nie sprawdzały. Dlatego i tym razem wybrałem model MILO R305. Dzięki niemu miałem pewność, że dobrze zaprezentuje ochotkę jako przynętę, względnie szybko wyhaczę rybę, a jednocześnie po zacięciu leszcza szeroki łuk utrzyma rybę na haku. Pamiętając o tych trzech aspektach przygotowałem 5 topów z zestawami od 0,6 grama do 2 gramów. Wszystkie zestawy były uwiązane na żyłce 0,12mm wraz z 15 cm przyponami z żyłki 0,08mm. Całość uzupełniały haczyki w rozmiarze 20.

 

Dzień pierwszy - taniec między liśćmi

 

Losowanie pierwszego dnia rzuciło mnie na stanowisko nr 7. Nie wiedziałem czego się spodziewać, ale ani przez chwilę nie traciłem optymizmu. Pozytywem było to, że na okolicznych stanowiskach unosiło się na wodzie mniej liści, niż na pozostałym odcinku zawodów. Niestety o tej porze roku liście bardzo przeszkadzają w łowieniu i potrafią napsuć krwi wielu wędkarzom..

Po nęceniu zacząłem od 11-metrowej tyczki, na której spodziewałem się ryb od samego początku. Zaczęło się nieźle. Płotki pojawiły się bardzo szybko i mogłem je w miarę regularnie odławiać. Niestety ryby były bardzo małe, a moja waga pomimo niezłego tempa rosła bardzo mizernie. Cały czas systematycznie donęcałem jokersem w glinie, jednak nie przynosiło to spodziewanych efektów. Z czasem do kubka trafił także kaster i pinka - i to okazał się strzał w dziesiątkę. Od tej pory do mojej siatki trafiały dwa razy większy płotki, a na ochotkę skusiły się także dwa wymiarowe okonie. Co ciekawe, pod 13-stką, którą sprawdzałem raz na kilkanaście minut, także miałem niewielkie płocie. Napływające liście zniechęciły mnie do wypróbowania odległościówki i do końca tury postanowiłem zostać na "11". Do końca tury odławiałem niewielkie płocie i małe krąpie, co ku mojemu zaskoczeniu dało mi pierwsze miejsce w sektorze z wynikiem ponad 5000 punktów! 

 

Dzień drugi - piorunująca końcówka

 

Na drugi dzień zawodów nie zmieniałem niczego w mojej taktyce. Tego dnia byłem ostatni na liście do losowania i wyciągnąłem numer 5. W konsekwencji, po przesunieciu numerów z dnia poprzedniego łowiłem na stanowisku mojego sąsiada z soboty. To akurat była świetna wiadomość - dzień wcześniej poznałem ten sektor i wiedziałem czego mniej więcej mogę się spodziewać. Wielką niewiadomą były jedynie liście, które przemieszczały się po łowisku i mocno wpływały na wynik zawodów. Okazało się, że moje stanowisko ponownie pod tym względem nie było najgorsze - los mi sprzyjał!

 

Łowienie rozpocząłem tak samo jak dnia poprzedniego od 11 metrowej wędki. Ryba znów była bardzo drobna i po raz kolejny musiałem mocno kombinować z donęcaniem, by choć trochę ją "pogrubić". Do drugiej godziny utrzymywałem tempo podobne do tego z soboty. Łowiłem równo, ale ryby były bardzo małe. Niespodziewanie, zarówno na 11, jak i na 13 metrze pojawiły się bąble. Błyskawicznie przegruntowałem zestaw i po chwili złowiłem niewielkiego leszczyka. W kolejnych minutach ryby wciąż znajdowały się w łowisku, ale miałem ogromne problemy z ich zacięciem. Zmieniałem tempo zacinania i zamiast przeczekiwać brania, reagowałem na minimalny ruch spławika. Pomogło! Po chwili w siatce miałem dwie kolejne sztuki. Kilka minut później spiąłem rybę i od razu zareagowałem poluzowaniem amortyzatora. Dzięki temu już do końca zawodów nie spiąłem nawet jednego leszcza. W ciągu ostatnich 20 minut dołowiłem jeszcze trzy leszcze i zawody skończyłem z wynikiem ponad 7000 punktów. Kolejna jedynka!

Okazało się, że wygrałem zawody z 2 punktami sektorowymi, pokonując dwójkę zawodników większą wagą ryb. Wynik cieszył mnie podwójnie. Po pierwsze, wreszcie podczas finału poważnej wędkarskiej imprezy dopisało mi szczęście. Po drugie - poradziłem sobie na łowisku, którego do tej pory nie rozumiałem i na którym nigdy nie osiągałem dobrych wyników.

 

Robert - dzięki za świetne zawody i wzorową organizację. Z wielką chęcią wrócę tu za rok!

 

 

Dodał: ŁK, zdjęcia ŁK