Letnia rzeka nieco inaczej

 

Letnia niżówka sprawia ogromne problemy wielu początkującym wędkarzom. Ci, przyzwyczajeni do silnej i mocnej rzeki, która potrafi przenosić całe drzewa, nie zawsze odnajdują się na lekkim, bardzo zmiennym uciągu i płytkiej wodzie. Tutaj nie sprawdzi się zabetonowana mieszanka. Do sprawy trzeba podejść nieco inaczej – z nutą kanałowej finezji. 

 

Gdy kilka dni temu wybierałem się nad Wisłę, wiedziałem że na takiej właśnie wodzie przyjdzie mi łowić. Na "Pogodynce" stan pokazywał niecałe 120 cm – to naprawdę lubię. Niska woda zapowiadała wolny nurt, więc wyjąłem z kosza ciężkie 30-40 gramowe dyski i zostawiłem spławiki do 10 gramów. Miałem jednak świadomość, że i takie będą zbyt ciężkie.

 

Tak jak wspomniałem, wolny uciąg na naprawdę dużej rzece wymaga odrzucenia wyrobionych przez lata nawyków. Piernik, duża ilość bentonitu, ciężka melasa… nie tym razem. Taka zanęta sprawdzi się, gdy Wisła nieco przybierze. Aby nieco odchudzić zawartość wiaderek sięgnąłem po bardzo miałką i lekką jak na rzeczne realia mieszankę. Chciałem, by zanęta dotarła do dna i była odpowiednio ciężka, aby nie przesuwał jej nurt. Jednocześnie miała szybko uwalniać cząstki i tworzyć dużą smugę. Przyjąłem, że kule mogą się rozmyć w ciągu kilkudziesięciu minut, dlatego przygotowałem spory zapas na donęcanie. Skład mojej mieszanki przedstawiam poniżej.

 

 

Wielu z Was zastanawia zapewne obecność konopii – dodatku kojarzonego wyłącznie z wodami stojącymi. Nic bardziej mylnego. Od wielu lat na wolnych i średnich uciągach, jeśli spodziewam się obecności takich ryb jak świnki, jazie, klenie, certy czy płocie dodaję do zanęty dużą ilość mielonych, prażonych konopii. Zależało mi także na tym, by zanęta była słodka. Latem ryby to uwielbiają, stąd obecność biszkoptu. Jako dodatki do mojej mieszanki stosowałem parzone pinki, grube białe robaki, jokersa oraz gnojaki. Całość zmieszałem z 6 paczkami gliny rzecznej „Górka”, ale tym razem dodałem do niej śladową ilość kleju. Towar sklejony był wyłącznie odpowiednią ilością wody z atomizera.

 

Na delikatny nurt przygotowałem lekkie zestawy z dyskami Gutkiewicza o wyporności 3, 5 i 6 gram. Łowiłem 11 metrów od brzegu, bo tam znalazłem rynienkę głębszą o 20-30 cm niż pozostałe odległości na zestawie skróconym. Sama głębokość  łowiska wynosiła około jednego metra, co przy takim stanie Wisły na odcinku który odwiedziłem, było wystarczające. Zestawy zbudowałem na cieńszych żyłkach niż zazwyczaj. Tym razem skorzystałem z linek 0,14. Całość uzupełniły 25 centymetrowe przypony z żyłki 0,12 z haczykami numer 14. W topy wsadziłem amortyzatory o średnicy 1,2 i 1,4mm.

 

Aby mocno zróżnicować stopień smużenia i rozmywania kul przygotowałem 4 konsystencje. Każda z nich zawierała różną proporcję gliny do zanęty – od czystej spożywki, aż po kule w stosunku 2:1 na rzecz gliny.

 

Choć mój towar przygotowałem z myślą o „szybkich” rybach, w pierwszych minutach spodziewałem się przede wszystkim krąpi. Pierwsze 20 minut jednak mocno rozczarowało. Bardzo wolny uciąg i boczny wiatr sprawiały, że miałem duże problemy z prowadzeniem 5 i 6 gramowych zestawów. Dlatego postanowiłem łowić na najlżejszy 3-gramowy dysk. Pierwsze przepłynięcie i branie! Po chwili w siatce melduje się 200-gramowy krąp.

 

Ryby nie żerowały tak, jak tego oczekiwałem, ale były w łowisku. Nie chcąc stracić tego co mam, zrezygnowałem z donęcania ręką i wykorzystywałem do tego celu kubeczek zanętowy. To był strzał w dziesiątkę. Przynajmniej tymczasowo. Po każdym donęceniu odławiałem 3-4 ryby – przede wszystkim jazie, klenie, świnki i krąpie. Wiele świnek było niewymiarowych i te od razu wracały do wody.

 

Niestety, z każdą minutą brania słabły, aż wreszcie po 2h całkowicie ustały. Tutaj musiałem odwrócić strategię i przy braku brań zdecydowałem się na donęcenie ręką, według zasady – jeśli nie ma ryb, trzeba je czymś przyciągnąć. Oprócz zmian w strategii nęcenia, zdecydowałem się także odchudzić zestawy. Założyłem przypon 0,10 mm z delikatnym haczykiem numer 16. Na hak, zamiast 3 białych robaków powędrowały 2 pinki. Plusk był w tej sytuacji bardzo pożądany. Po 3 kulkach wrzuconych do wody, szybko wróciłem do gry. W ciągu 15 minut dołowiłem kolejnych kilka średnich ryb i w takim tempie przełowiłem całą trzecią godzinę.

 

W tym momencie w mojej siatce były już prawie wszystkie gatunki, które o tej porze roku można regularnie łowić w Wiśle. Brakowało tylko brzany lub jakiegoś dużego leszcza. Los wynagrodził mnie jednak zupełnie inną rybą. Miałem przy tym sporo szczęścia. Po nagłym zaniku brań, stwierdziłem że w łowisku mogła się pojawić większa ryba. Szybko zmieniłem przypon na 0,14mm, ale zostałem przy małym, choć mocnym haczyku. Po kilku przepłynięciach doczekałem się prawdziwej torpedy. Ryba odjechała na środek rzeki i stanęła w nurcie. Brzana? Taka była pierwsza myśl. Bonus szybko się jednak przedstawił, wypływając na powierzchnię. Na haczyku miałem potężnego klenia. Po około dwóch minutach udało mi się go ściągnąć do brzegu i szybko podebrać. Dwa kilogramy żywej wagi. Coś pięknego, choć myślę że na dwa razy silniejszym uciągu nie byłoby tak łatwo.

 

Duża ryba w siatce sprawiła, że  czystym sumieniem mogłem zakończyć rekonesans. Jakie wnioski? Na pewno smużący towar okazał się strzałem w dziesiątkę. Przy tego typu łowieniu mogłem jednak zrezygnować z dwóch paczek gliny na rzecz większej ilości zanęty. Ryby świetnie reagowały na donęcanie, a przy tak wolnym uciągu zanęta musiała być naprawdę lekko sklejona. Do całości mogłem także dodać pieczywo fluo, które uwielbiają klenie i jazie. Na koniec chciałem jeszcze zrobić pamiątkową sesję z moim największym w życiu kleniem, jednak ryba na to nie pozwoliła. Podczas fotografowania całego połowu, wyskoczyła z podbieraka, odbiła się od kamienia i odpłynęła w siną dal… To się dopiero nazywa instynkt przetrwania!

 

Dodał: ŁK

Zdjęcia: Monika Ruszczyk