Komercyjne patenty Tomka Solki

 
Łowienie karpi na komercji wciąż mnie zaskakuje. Już wiele razy przekonałem się że to wcale nie taka prosta sprawa. Aby lepiej zrozumieć przyzwyczajenia wąsatych rozbójników postanowiłem zasięgnąć porady fachowca.
 
W naszym kraju jest grupa zawodników, która opanowała dobrze tą cześć wędkarstwa. Do tej grupy na pewno należy mój wieloletni towarzysz wędkarskich wypraw, Tomek Solka. To właśnie z nim postanowiłem wybrać się na majowy trening.
 
Co zobaczyłem na tej sesji, zobaczycie i przeczytacie poniżej:
 
Założenia
 
Naszym celem są nie tylko karpie, ale i leszcze, karasie oraz liny. Zależy nam na uzyskaniu jak największej wagi. I tutaj już na starcie pojawia się dylemat - jak do tego wszystkiego podejść. Mogłoby się wydawać, że skoro mamy do czynienia z gatunkami, które lubią dobrze zjeść, to potrzebna nam będzie ogromna ilość zanęty. Kocioł zanęty nafaszerowany pelletem i robakami - tak widziałemto do niedawna. Tymczasem Tomek pokazuje mi, że łowienie dużych ryb wcale nie musi być toporne. Wręcz przeciwnie, potrafi być ono bardzo finezyjne i precyzyjne. Nie chodzi tu bynajmniej o cienkie żyłki, ale o sposób  łowienia, który bardzo przypomina delikatne dłubanie pojedynczych ryb. Podstawowymi założeniami naszego treningu są dokładność i konsekwencja. Sam myślałem, że jestem konsekwentny w takim łowieniu, ale myliłem się. Dopiero nad wodą, w ciągu zaledwie 4 godzin, przekonam się co jest ową konsekwencją.
 
Przygotowanie
 
Po rozłożeniu stanowiska i wędek, Tomek zabiera się za przygotowanie zanęt. To właśnie na tym etapie najlepiej widać komercyjny minimalizm. Z torby wyjmuje dwa pudełka na robaki. Do jednego nasypuje 1/4 paczki zanęty Gold Sensasa, namacza ją, rozciera w rękach i pozostawia na tacce przy stanowisku. Kolejne pudełko wypełnia połową paczki pelletu Sensas Halibut o średnicy 4mm, który zalewa wodą, odczekuje chwilę, a potem odlewa wodę. Kolejne pudełko wędruje na przystawkę. Pytam zdziwiony: - To już wszystko? Tomek szybko ripostuje: - A po co więcej? Jak się później okaże jego pewność siebie nie jest bezpodstawna. Do pełni szczęścia brakuje tylko przynęt. W tym celu Tomek bierze pudełko, wypełnione wcześniej przygotowanym pelletem expander o wymiarach 6 i 4 mm, pompuje i odsącza wodę. Dzięki temu zabiegowi pellet jest sprężysty i nie rozwala się na haczyku. Wyobraźcie sobie, że te trzy pudełka mają wystarczyć na 4 do 5 godzin łowienia, zwabić siatkę karpi, i dodatkowo utrzymać je w łowisku. Patrzę na to sceptycznie, ale stwierdzam, że jeśli tego nie zobaczę, to się nie przekonam.
 
Sprzęt, którego używa Tomek to klasyczna karpiowa tyczka z topami wyposażonymi w mocne, puste gumyod 2,2 do 2,4 mm. Amortyzatory uzbrojone w dakronowy konektor, połączone są z zestawami na mocnej żyłce o średnicy 0,20 mm. Całość uzupełniają spławiki Sensas Willy o mocnej konstrukcji z grubą plastikową anteną. Gramatura wskaźnika brań oscyluje miedzy 0,2, a 0,6 grama. Najcięższy zestaw przygotowany jest na bardzo wietrzna pogodę. Obciążenie główne wędruje 30 cm nad przypon. Do tego dwie śruciny doważające w równych odległościach, pomiędzy obciążeniem głównym a 20 cm przyponem z żyłki 0,18mm i haczykiem numer 12.
 
 
 
Wreszcie przychodzi czas na nęcenie. Tomek wykorzystuje do tego top z kubeczkiem zanętowym. Za jego pomocą do wody trafiają dwie małe kulki zanęty oraz dwie kulki pelletu. I na tym przygoda z dużym kubkiem się kończy. Później kolega wykorzystuje już tylko mini-kubeczki montowane na topy z zestawami. Ich konstrukcja pozwala na łatwe założenie/zdjęcie, a cylindryczny kształt zapobiega wysypywaniu się zanęty.
 
Łowienie
 
Chwilę po błyskawicznym nęceniu rozpoczynamy łowienie. Do kubeczka na szczytówkę Tomek wsadza garstkę pelletu, a na haczyk zakłada pojedynczy pellet expander wielkości 6 mm. Do wody trafia zawartość małego kubeczka, a wraz z nią zestaw z przynętą. Początek sesji to chwila ciszy po zanęceniu. Pierwsze brania pojawiają się po kilkunastu minutach. Tomek stwierdza, że to nie karpie, ale tak zwane „przeszkadzajki” w postaci leszczyków i innych małych ryb. Kilkanaście minut później teoria tapotwierdza się. Branie, w postaci dotknięcia widocznego na spławiku, Tomek kontruje zacięciem. Ze szczytówki wychodzi jednak niewiele gumy. W podbieraku ląduje mały karaś. Dobra wróżba, ale czekamy na więcej. Kolejne napełnienie kubeczka plus expander na haczyku i zestaw znowu ląduje w wodzie. Mija kilka sekund, szybkie branie, równie szybki hol i kolejny gatunek tego dnia - tym razem w podbieraku mamy niewielkiego leszczyka. Po nim następuje dłuższa przerwa w braniach.
 
Pomimo tego Tomek donęca cały czas, nie bacząc na zanik żerowania. Ryby systematycznie dostają porcje pokarmu w postaci pelletu. Nasze starania wreszcie docenia jeden z karpi. Konkretny wjazd pod wodę, guma wyjeżdża bardzo daleko i wszystko staje się jasne. Tomek jednak zachowuje zimną krew, skraca rybę do topu, a ta poddaje się w kilka sekund. Jest dobrze! Mamy pierwszego karpia. Cierpliwie czekamy na następnego. I ta chwila cierpliwości szybko zostaje wynagrodzona. Mamy kolejnego karpia. Po chwili notujemy kolejny przestój w braniach, który Tomek wykorzystuje na regularne donęcanie.To zupełnie inna taktyka niż ta, którą stosowałem dotychczas. Ja w takim przypadku poczekałbym i nie ryzykował przekarmienia ryb. Jednak Tomek twierdzi, że prędzej zwabią je opadające drobinki niż brak aktywności z naszej strony. I rzeczywiście po kilku minutach mamy kolejne branie. 
 
 
Tym razem ryba jest znacznie silniejsza. Guma kończy się w topie, nie ma już amortyzacji, a w rezultacie pęka przypon z żyłki 0,18mm. To było coś konkretnego. Ale nic, łowimy dalej. Po krótkim zamieszaniu ryby stają się bardziej ostrożne. Znów notujemy pojedyncze puste brania. Na szczęście co kilka z nich zacinamy leszcza albo karasia. Pomimo małego tempa połowu siatka zapełnia się bardzo szybko. Każda z ryb waży w granicach 0,7 do 2,5 kilograma.
 
.
 
Po około godzinie mamy już prawie 10 kilogramów ryb, na które składają się 2 karpie, kilka leszczyków i karasi.Brania, dzięki dużej pracy nad łowiskiem, pojawiają się coraz częściej, ale wciąż są bardzo delikatne. Tomek reaguje na każdy nienaturalny ruch spławika. Ta czujność popłaca, ponieważ kolejne ryby lądują w siatce. Jednocześnie systematycznie zmniejsza się liczba ryb innych niż karp. Po paru efektownych holach, które przynoszą grube karpie, bo ważące około 3-4 kilogramów, notujemy dłuższy zastój. Tym razem Tomek decyduje się na donęcenie malutką porcją zanęty.Kuleczka mieszanki o rybim zapachu wędruje do wody, a po niej porcja pelletu wraz zestawem. 
 
Przed tym zabiegiem Tomek próbował jeszcze łowić na drobniejszy pellet, ale to nie przynosiło efektu. Kilka minut po donęceniu mamy kolejne brania. Nie są to niestety karpie, lecz leszcze i małe linki. Jednak to dobry znak, bo ryba znów kreci się w łowisku. Wśród niej zakręcił się nawet kilogramowy jaź. Piękna ryba, szkoda tylko, że nie złowiliśmy jej na dużym uciągu... Po kilku takich holach wracają karpie. Efektowne hole silnych ryb kończą naszą sesje trwającą niecałe 5 godzin. Nie mamy wagi, ale wynik Tomka oceniamy na ponad 30 kilogramów ryb. To doskonały rezultat, który pozwoliłby wygrać niejedne zawody karpiowe. Jeszcze tylko zdjęcia z rybami i wszystkie wracają do wody. Siadamy na brzegu i wspólnie omawiamy całą sesję.
 
 
Wnioski:
 
- Systematyczne podawanie pelletu pozwoliło utrzymać ryby w łowisku. Nie przekarmiało ich, bo pellet był drobny, a podawany w małych porcjach doskonale je wabił.
 
- Dokładne podanie zanęty w punkt, pozwoliło skupić rybę w jednym miejscu, dzięki czemu nie trzeba było szukać jej po łowisku. Pod koniec sesji ryby łowione były tylko i wyłącznie w miejscu podania pelletu.
 
- Aby łowić karpie, nie trzeba pełnych kotłów zanęty, wystarczy jedynie dobra taktyka i odpowiednia ilość towaru. Wszystko mieści się w 2-litrowym pudełku. 
 
Obalony zatem został mit, że karpie to żarłoczne ryby. Powolna ich stymulacja przynosi niesamowite efekty i pozwala naprawdę dobrze wykorzystać łowisko.
 
Obserwacja tej sesji pozwoliła mi odkryć zupełnie nowe spojrzenie na łowienie karpi oraz zrozumieć kilka błędów, które popełniałem. Czekam na kolejną wspólną wyprawę z Tomkiem. Może znów dowiem się czegoś co wywróci do góry nogami moje spojrzenie na wędkarstwo.
 
Tekst i zdjęcia: ŁK
Dodał: DF