Huta pełna niespodzianek

Do Częstochowy jechaliśmy pełni optymizmu. Z opowiadań wiedzieliśmy, że Zbiornik Huta potrafi być nieprzewidywalny, ale który ze znanych nam akwenów taki nie jest…? To co zastaliśmy na miejscu przeszło nasze oczekiwania.

 

Na piątkowy trening mieliśmy jechać we dwójkę. Niestety, obowiązki zatrzymały Damiana w Warszawie i zamiast sprawdzenia różnych wariantów, pozostało mi przetestować jedną koncepcją z nadzieją, że pozwoli ona na wyciągniecie jakichkolwiek wniosków. Z tego względu, zamiast eksperymentować postanowiłem skorzystać ze wskazówek kolegów z Teamu Sensas, którzy doradzili nam mieszankę zanęty Lake i Gros Gardons. Dominującą rybą w zbiorniku jest płoć, ale o zwycięskim wyniku często decydują leszcze.

 

Potrzebowaliśmy zatem uniwersalnej zanęty, która w zależności od losowania nie wyeliminuje żadnej ryby z naszego pola łowienia.  Ze względu na wczesną porę roku i poranne przymrozki nieco odchudziłem spożywkę, przesiewając ją na najdrobniejszym, dwumilimetrowym sicie. 

Dzięki temu najgrubsze frakcje zniknęły, a zanęta stała się bardzo miałka. Do drugiego kotła trafiły gliny „Górka”: dwie ziemie torfowe, jedna paczka double leam oraz jedna glina argile. Taki wariant wybieramy na większości łowisk z wodą stojącą i wolno płynącą.

Na treningu chciałem sprawdzić dwie odległości łowienia – pełną tyczkę i odległościówkę na 30-tym metrze. Co ciekawe na zbiorniku nie było praktycznie fali, ale na czuć było bardzo silne podmuchy, które z każdą minutą się nasilały. Obawiałem się, że przez wiatr łowienie matchem będzie pozbawione sensu. Na wstępne nęcenie przygotowałem 9 litrów mieszanki 1:1 gliny z zanęta. Do tego dodałem 400 ml jokersa. 6 litrów poleciało pod tyczkę, a 3 litry wystrzeliłem pod odległościówkę. Dodatkowo pod tyczkę za pomocą kubka zanętowego, podałem jeszcze 200 ml jokersa w mocno doklejonej glinie.

Spodziewałem się, że na ryby pod tyczką trzeba będzie trochę poczekać, dlatego sesję zacząłem od wędki z kołowrotkiem. Niestety, mimo dobrego nęcenia i celnych rzutów, ryby nie chciały współpracować. Po 30 minutach byłem bez ryby, podobnie jak pozostali trenujący wędkarze. Wreszcie niektórzy zaczęli odławiać pojedyncze płotki. U mnie jednak wciąż spławik stal nieruchomo.

 

Pierwszy kontakt z rybą miałem po upływie półtorej godziny. Średnia płotka cieszyła i dawała nadzieję, że „martwa” woda wreszcie ożyje. Tak też się stało. Szybko zjechałem z gruntem na dno i starałem się wyselekcjonować większe płocie.

Zacząłem też eksperymentować z przynętą i zamiast jednej ochotki założyłem trzy. Próbowałem też mocniej przytrzymywać zestaw, który na początku puszczałem dość luźno (szukałem ryby w łowisku). Nie było to jednak łatwe, bo wiatr pchał spławik górą. W jednym z kolejnych wyjazdów, wiatr nieco ucichł, przytrzymałem zestaw na kilka sekund, antenka płynnie wjechała pod wodę… i po zacięciu poczułem przyjemny pulsujący ciężar. Na trzy ochotki połakomił się ponadkilogramowy leszcz. Po tak fatalnym początku nie spodziewałem się takiego bonusa.

Doświadczenie podpowiedziało mi, że w takim zbiorniku leszcze nie pływają w pojedynkę. Od razu mocno przegruntowałem zestaw i na haczyku dołożyłem kilka kolejnych ochotek. Efekt był natychmiastowy – kolejne wstawienie i kolejne branie, a amortyzator znów wyciąga piękny leszcz.

 

Druga sztuka była jednak znacznie większa – ma grubo ponad 1,5 kilo. Po drugiej rybie zacząłem donęcać gliną z jokersem, która ustawiła mi rybę w łowisku. Do końca sesji złowiłem 8 leszczy, a dwie ryby zostawiłem w wodzie. Do tego dołowiłem kilkanaście niebrzydkich płoci. Łączny wynik znacznie przekroczył 10 kilogramów i wzbudził niemałe zdziwienie pozostałych trenujących, którzy nie przekroczyli 2-3 kilogramów.

Jednocześnie mój rezultat zupełnie rozbił nasz plan na to łowisko. Przygotowaliśmy się do rzeźbienia płoci i polowania na pojedyncze bonusy. Po treningu okazało się, że w kilka minut dużą wagę można zbudować leszczami. Mieliśmy dylemat na jaką rybę finalnie się nastawić…

 

Sobota

 

Sobotnie losowanie zarówno mnie jak i Damiana rzuciło w dwa odległe miejsce.  Damian trafił do sektora na brzegu przy zbiórce, a mnie los rzucił na groblę.. W rozmowie z miejscowymi zawodnikami dowiedziałem się, że miejsce które wylosowałem jest dobre i można z niego uzyskać korzystny wynik. Damian tymczasem nie był zadowolony z losowania. Jego miejscówkę otaczały krzaki i drzewa – obawiał się, że pod wodą może być przez to dużo zaczepów. Mimo to konsekwentnie zastosowaliśmy taką samą taktykę jak na treningu. Musieliśmy zaufać sprawdzonej koncepcji i liczyć na to, że przy znacznie większej presji okaże się ona równie skuteczna. W pierwszej godzinie zarówno ja jak i Damian nie doczekaliśmy się zbyt wielu brań. Szukaliśmy ryb zarówno pod pełną tyczką  jak i na skrócie – zrezygnowaliśmy za to z matchówki, ze względu na silny brań i przeciętne efekty podczas treningu.

W drugiej godzinie udało mi się złowić półkilogramowego leszcza i kilka płoci. Później miałem przestój, a po nim dołowiłem kolejnych kilka płoci. Miałem duże problemy z zacięciem, ale stary numer z przeczekiwaniem brań zadziałał idealnie. Pod koniec tury ryby stały się bardzo chimeryczne i miałem problemy ze złowieniem czegokolwiek. Zawody skończyłem z wynikiem 2955 punktów, co dało mi 7. miejsce w sektorze. Niestety nie uzyskałem tym samym upragnionego awansu do finału. Za to Damian łowiący po drugiej stronie zbiornika według tej same strategii miał zupełnie inną sytuację. Zamiast szukać ryb i kombinować z taktyką, udało mu się złapać dobre tempo i dobrał się do trudnych płoci. Odnajduje się w łowisku poprzez modyfikację obciążenia zestawów oraz użycie cięższych gramatur.

Efekty przychodzą bardzo szybko, od drugiej godziny Damian łowi niemal co wstawienie, wygrywa sektor i wywalcza awans do finału. Jego końcowy wynik to niemal 6000 punktów.

 

Niedziela

 

Cały sobotni wieczór spędziliśmy nad dyskusją, ale trudno nam było wyciągnąć jakiekolwiek sensowne wnioski. Piątkowy trening i sobotnia tura to była dwa zupełnie inne światy. Wiedzieliśmy jednak, że skoro u Damiana taktyka przyniosła efekt, musimy być konsekwentni. Liczyliśmy, że w niedzielę ryba się rozkręci i na wędkach zagości więcej leszczy. Wiedzieliśmy tylko, że gdy większe ryby nie pojawią się w łowisku, ale zamiast nich trafimy na dobrze żerujące płocie, trzeba szybko zmienić haczyk na większy, zamienić ochotkę na pinkę, zjechać z obciążeniem i do maksimum wykorzystać moment dobrego żerowania. 

 

Stwierdziliśmy też,  że lekceważenie matcha było błędem – w niektórych miejscach ta technika była jedyną szansą na uzyskanie sensownego wyniku, zwłaszcza w pierwszych dwóch godzinach, gdy pod tyczką trafiały się pojedyncze sztuki.

 

Niedziela przywitała nas zupełnie inna pogodą. W przeciwieństwie do prognoz, zamiast poprawy doczekaliśmy się totalnego załamania pogody. Wiało, padało i było bardzo zimno. Tym razem losowanie rzuciło nas do tego samego sektora – B. Damian łowił tu dzień wcześniej i tym razem byliśmy bardzo zadowoleni z losowania. W sobotę sektor B był najrówniejszy i wyniki pokazywały, że niemal z każdego miejsca można tutaj powalczyć. Pomimo fatalnych warunków byliśmy pełni optymizmu. Pierwsze 40 minut łowienia poświęciłem matchówce. Choć nie udało mi się nic złowić, nie spuszczałem głowy. Po godzinie w sektorze tylko kilku zawodników miało kontakt z rybą, przy czym żaden z nich nie złowiłem więcej niż dwie sztuki. Wreszcie pierwszą płotkę z tyczki złowił mój sąsiad. Od razu zwiększyłem czujność, założyłem jedną ochotkę, przytrzymałem zestaw i też cieszyłem się z pierwszej ryby.

 

W pewnym momencie zacząłem regularnie odławiać płotki i gdy myślałem, że taka seria potrwa do końca, ryby szybko odskoczyły. Nie wiedziałem jak wypadam na tle reszty, bo wszyscy zawodnicy łowili nieregularnie. Nikt nie potrafił dobrać się do płoci na dłużej. Nikt w sektorze nie miał także leszczy. Po czterech godzinach okazało się, że moje tempo jednak było zbyt wolne. 1740 punktów dało mi 4. miejsce w sektorze – nieźle, ale znów za mało by dostać się do finału. Tuż za mną plasuje się Damian, który uzyskuje niespełna 1700 punktów, a swój wynik buduje przede wszystkim na kilogramowym linie, którego złowił w trzeciej godzinie.

To była zdecydowanie największa ryba w sektorze. Z ciekawością czekamy na wyniki końcowe. I tutaj ogromna niespodzianka. Zawody z wynikiem ponad 13 tysięcy punktów wygrywa zawodnik łowiący 3 stanowiska od mojego z miejsca z soboty. Na tym samym stanowisku dzień wcześniej padł jeden z gorszych wyników w sektorze. W niedzielę pod tyczką roiło się od leszczy, a między nimi trafiały się… karpie.

 

Wnioski

 

Po trzech dniach spędzonych nad wodą byłem skołowany. Z jednej strony cieszyłem się, że wreszcie dobrałem się do pięknych leszczy, o które trudno na lokalnych, mazowieckich łowiskach. To mocno podbudowało moje morale. Niestety, wyniku z treningu nie udało mi się powtórzyć podczas zawodów. Jasnym punktem wyjazdu był jednak sukces Damiana z pierwszego dnia, który już w pierwszym podejściu zapewnił sobie awans do finału. Nasze niedzielne wyniki także pokazały, że obrana taktyka była słuszna. 9 punktów na dwóch zawodników, przy tak licznych sektorach należy uznać za naprawdę niezły wynik. Tym bardziej, że był ten weekend w Częstochowie był naszym debiutem na tym trudnym, ale bardzo ciekawym łowisku. Jak widać nigdy nie można zachłysnąć się wynikiem uzyskanym na treningu. Jeśli nie jest on przeprowadzony rzetelnie, w szerszym gronie, trudno o wyciąganie daleko idących wniosków. Możemy sprawdzić kilka zmiennych, ale podczas zawodów i tak będziemy musieli liczyć na nasze doświadczenie, umiejętności i niezwykle ważny pierwiastek szczęścia.

 

Tekst: ŁK i DF

Zdjęcia: Szymon Bielak, DF, ŁK