Duże leszcze z dzikiej rzeki

Dzika Warta kusiła od dawna. Jak magnes działały na nas opowieści o pięknych, złotych leszczach, które z powodzeniem można łowić na klasyczną przepływankę. Gdy wreszcie pojawiła się okazja by tam pojechać, nie zastanawialiśmy się ani chwili.

 

W pamięci mieliśmy jednak ubiegłoroczne zatrucie tej pięknej i rybnej rzeki, które wstrząsnęło wędkarskim środowiskiem. Czy rzeka zdążyła się podnieść po biologicznej katastrofie? Chyba tak. O wyniki mogliśmy być tym bardziej spokojni, bo naszym nadwarciańskim przewodnikiem był Krzysztof Kałużny z MatchPro. Rzekę zna jak własną kieszeń i nie raz udowadniał, że nawet w najtrudniejszych warunkach, potrafi wycisnąć z nurtu 200 proc. Wierzyliśmy, że tak będzie i tym razem.

 

Po przybyciu na miejsce zastaliśmy dziwnie mętną rzekę. Nie były to osady poopadowe, bo w kilku poprzedzających dniach nie padało, a poziom wody niemal się nie zmieniał. Przyczynę szybko wytłumaczyli nam jednak miejscowi wędkarze. Okazało się, że mętna rzeka to efekt silnego pylenia (nie udało nam się ustalić jakiej rośliny), a to ich zdaniem nie wróżyło obfitych połowów. Jakby tego było mało nasza wyprawa idealnie zbiegła się z pełnią księżyca. Ktoś powie, że to szukanie dziury w całym, ale nie raz, zwłaszcza w czasie wypraw nad rzekę, przekonywaliśmy się, że takie niuanse mogą mieć znaczenie.

Mimo to z rzeki, choć faktycznie mętnej, aż biło wielką rybą. Na stanowisku Krzyśka nurt układał się niemal idealnie. Do tego dochodziło przyzwoite dno, ze sporym kamieniem na spływie, na którym mogła zatrzymywać się zanęta. 

 

Celem wyprawy były nie tylko duże warciańskie leszcze, ale także chęć sprawdzenia zanęt MatchPro z serii Top Class. Dotychczas nie mieliśmy okazji przetestować tych mieszanek na uciągach. I gwoli prawdy, to w nich, a nie w droższej, zawodniczej serii Top Gold upatrywaliśmy potencjalnego faworyta na skuteczną rzeczną zanętę. 

 

Na rzeczny trening Krzysiek wybrał zanęty Leszcz i Rzeka, właśnie z serii Top Class. Do mieszanek dodaliśmy jeszcze piernik naturalny i zapach leszczowy. Mieszanki z niebieskich opakowań po nawilżeniu pachną bardzo specyficznie i muszę przyznać, że sens dodawania kolejnych zapachów staje pod znakiem zapytania. W letniej, przepełnionej zapachami rzece dodatkowy aromat jednak nie zaszkodzi. W wiosennym lub jesiennym łowisku, gdy woda jest bardziej przejrzysta, od dodatkowych zapachów, w przypadku tak wyrazistej mieszanki, trzymałbym się jednak z daleka.

 

Seria Top Class znacznie odbiega od pozostałych zanęt dostępnych na rynku. Pachnie inaczej i klei się inaczej (jest bardzo kleista i należy uważać z szybkim dodawaniem wody). Kleistość w przypadku zanęt rzecznych jest jednak bardzo pożądana. Jeśli zaś chodzi o zapach… nie ma chyba mieszanki, która idealnie wpasowałaby się w oczekiwania wszystkich wędkarzy. Znamy wiele zanęt, które pozytywnie działają na nasze zmysły. Niestety, dużo gorzej wypadają w konfrontacji z wynikami nad wodą.

 

Zapachu Top Class nie porównałbym do żadnego produktu dostępnego na rynku. Jest specyficzny i trudno jednoznacznie wskazać konkretną nutę zapachową, która w nim dominuje. Na plus także cena, która zdecydowanie nie nadwyręży naszych portfeli. Tym bardziej, że rzeczna wyprawa wiąże się zazwyczaj z koniecznością użycia kilku kilogramów zanęty. Jedynym małym minusem jest drobna granulacja wspomnianych mieszanek. Naszym zdaniem na rzekę nieco zbyt drobna. Przy zasiadce na duże ryby, zanętę Top Class wypadałoby czymś pogrubić, ale z tym nie będzie większego problemu. W ofercie MatchPro jest mnóstwo dodatków, którymi można odpowiednio ukierunkować swoją mieszankę.

Tyle od nas. Krzysiek, jako twórca tej mieszanki, zna ją doskonale. Wiedział jaka konsystencja sprawdzi się najlepiej i w jakich proporcjach należy łączyć ją z gliną. W jego opinii na środkową Wartę idealnie sprawdza się mieszanka 1:2 (1 część zanęty i 2 porcje gliny). Tym samym na początek przygotował 7 litrów zanęty i 14 litrów gliny.

 

W oddzielnym wiaderku czekały dodatkowe 2 litry zanęty do podania ciętego gnojaka. Z nieznacznie przekroczonego limitu na nęcenie główne Krzysiek odsypał 10 litrów. Do nich dodał po 250 gram mrożonego białego robaka i pinki. Do kuli (i to tylko tych ostatnich) dodał minimalną ilość kleju. To kolejny zawodnik, którego podpatrujemy w akcji, który na rzekach kleistość mieszanki kontroluje głównie za pomocą wody. To ciekawa i warta zapamiętania lekcja, tym bardziej, że Warta w tym miejscu nie należy do rzek o spokojnym uciągu.

Na topach Krzyśka zameldowały się dyski w przedziale od 10 do 25 gramów. Sam zestaw był klasyczny… bardziej klasycznie chyba się nie da. 40 cm przypon, krętlik, sygnał (śrucina numer 4) i 40 cm wyżej oliwka podparta czterami śrucinami numer 5. Przypon uzupełniał haczyk numer 14 lub 16.

 

Choć planowaliśmy łowić duże ryby, szybko okazało się, że o polowaniu topornymi zestawami z dużym haczykiem i solidną przynętą możemy zapomnieć. W mętnej wodzie taki wariant wydawał się optymalny, ale ryby kompletnie go ignorowały. Dlatego też pierwsza godzina po wrzuceniu kul okazała się niemal pusta. Niestety, z czasem zaczęły do nas dopływać informacje, że cała okoliczna Warta jest tego dnia niemal bezrybna.

 

W takich momentach trzeba wykazać się błyskiem… i tego nie zabrakło Krzyśkowi. Zmiana zestawu z 10 na 15 gramowy, w drugim przepłynięciu przynosi wyczekanego, pięknego leszcza. Ryba wzięła na jednego białego robaka, podanego na haczyku Milo Morgan nr 16. Hol był (jak na leszcza) bardzo widowiskowy, ale po kilku dynamicznych odjazdach ryba trafiła do podbieraka. Kilka minut później podobnym leszczem odpowiada łowiący obok kolega Jacek.

W kolejnych godzinach udaje się dołowić kolejne ryby. Co ciekawe, w siatce meldują się wyłącznie leszcze. Nie ma ich dużo, ale ryby są naprawdę pokaźne i reagują niemal wyłącznie na niewielkie przynęty (pojedynczy, mały gnojak lub biały robak). Na nic zdają się próby złowienia ryb na stopa. Sprawdza się wyłącznie ciężka przepływanka (15-25 gramów) i przytrzymywanie zestawu (raczej regularne, bez mocnego wychylenia anteny i fruwania przynęty nad dnem).

Koledzy kończą sesję z kilkoma leszczami na koncie. Ja, w przeciwieństwie do Krzyśka i Jacka, kompletnie nie potrafiłem sprostać wymagającej tego dnia Warcie. Pojechałem jak po swoje, ale tym razem musiałem obejść się smakiem.

Bogatsi o doświadczenie wiedzieliśmy jednak co zrobiliśmy źle. Albo inaczej - co moglibyśmy zrobić lepiej. Ryb w łowisku było tego dnia niewiele, dlatego należało ograniczyć ilość zanęty i podanego na „dzień dobry” robaka. W to miejsce należało częściej donęcać i szukać pojedynczych ryb, które na krótko wpływały w łowisko. Ponadto należało zapomnieć o lekkich zestawach. Ryby preferowały wolny spływ i brały niemal wyłącznie w kulach lub tuż za nimi. Pływanie lekkim dyskiem było kompletną stratą czasu. Pocieszający był fakt, że przyjechaliśmy tutaj po leszcze, pod nie ukierunkowaliśmy zanętę i to właśnie te ryby udało nam się złowić!

 

Wyjazd nad dziką Wartę wyobrażałem sobie inaczej, ale pretensje z efektu treningu mogę mieć tylko do siebie. Na szczęście nie zawiedli moi towarzysze, którzy pokazali, że nawet w nie najlepszych warunkach można dobrać się do pięknych leszczy. Następnym razem będzie lepiej. A tego, że będzie następny raz jestem absolutnie pewien.

 

Tekst i zdjęcia: DF